SCHRÖTTERSBURG – Ciało (Extinction Records)

Druga płyta płockiego Schröttersburg trafia idealnie w punkt. Eksplodujące lato: słońce, drzewa się zazieleniły. Wszystko rwie się do życia, ptaszki wznoszą trele. I na tle tego kiczowatego landszaftu „Ciało” jest zgrzytem równym płycie Cel i światło zespołu Wieże. Fabryk. Której, tak nawiasem, słuchałem w równie niesprzyjających okolicznościach. Schröttersburg to zima, wycofanie, chłodne powietrze, depresja na zmianę z wkurzeniem. To lata 80. przeflancowane do pstrokatego XXI wieku. Pozornie od czapy, ale jednak wszystko trzyma się kupy, pęcznieje i w końcu kiełkuje we łbie.

Po raz kolejny trzeba sobie zadać pytanie – co takiego hipnotyzującego było w plastikowej dekadzie, że dzisiaj te nieco kiczowate, egzaltowane klimaty cieszą się takim wzięciem. Pomijam klasyków, Siekierę czy Joy Division, bo te zawsze będą nieodmiennie znajdować nowych wyznawców, podobnie jak natapirowany Smith z The Cure. Wielki – i ciągle powracający – festiwal brzmień z tamtych lat tłumaczę sobie nostalgią za czymś bliskim ciału. Tęsknotą za dźwiękami, które potrafią oddać emocje, frustracje, stanowiąc idealny równoważnik zagubienia we współczesnym świecie. Może chodzi też o próbę ucieczki od skomputeryzowanych, nieludzkich więzi, które stały się symbolem mijających lat? A może po prostu lubimy się bać i wprowadzać w stan sztucznej, kontrolowanej depresji? Taki rodzaj mentalnego narkotyku, który pozwala na moment bezpiecznie oderwać się od rzeczywistości? Jak zwał, tak zwał, Schröttersburg jest remedium na upalną aurę. Kilka minut z płocką ekipą i już jest mi zimno.

W stosunku do debiutanckiej „Krwi”, Ciało to zdecydowanie bardziej wypucowany Schröttersburg, z którego odessano całe życie, tłuszcz i wściekłość. Na nowej płcie dominuje przyjemna monotonia i smutek. Każdy numer napędzany jest zapętlonymi frazami bębnów, trzymających jeden słuszny kurs, bez załamań, zmierzający raczej w stronę transu. Oszczędne, suche dudnienie kotłów, na których swoje świetne partie stawia basista. Mam zresztą wrażenie, że bas jest tu instrumentem, decydującym o kierunku, w którym rozwijają się poszczególne numery. No i gitara. Dosadna, ale znająca swoje miejsce. Zgrzytliwa, ale charakterystyczna i łatwa do zapamiętania pod względem chłodnej melodyki. Czasami mocno nawiązująca do stylistyki wczesnego The Birthday Party („Ćmy”), miejscami odjeżdżająca w noise rockowe rejony („Kolejny krok”, szczególnie w końcówce), to znowu post punkowo szczekająca. Jest „siekierowato” w „Disco” a tytułowy kawałek czy „Idę” to typowe dla Schröttersburg, monotonnie odliczane frazy. Gdzieś pojawia się też punk, słyszany chociażby w skandowanych, suchych partiach wokalisty, wyrzucającego z gardła zwarte, konkretne komunikaty: „oddechu nie będzie… jestem, potrzebuję… stoję i stoję… obmywam swą twarz… zatracam w obłędzie… idę…”. Człowiek pośrodku miasta, zagubiony i wykonujący szereg czynności, tylko po to by przeżyć. Znajomy obrazek…

band

Ten beznamiętny szum komunikacyjny zostaje przełamany tylko raz – w zamykającej płytę, ponad jedenastominutowej kompozycji „Pomiędzy ciszą”. To utwór wyjątkowy, zarówno pod względem treści jak i muzyki, stanowiący podsumowanie tej podróży. Pierwszy raz mam wrażenie, że zespół, do tej pory stojący do mnie tyłem, nagle odwraca się i krzyczy prosto moją w twarz: „powiedz co robią twoje dzieci/powiedz to!… jesteś tu/pośrodku lasu/goły znów/modlisz się/by żyć…”. Słowom towarzyszą dużo bardziej nerwowe, gęstsze dźwięki, balansujące gdzieś na granicy nowej fali, lekko post rockowego zawieszenia na wstępie i końcowego odjazdu, gdzie osamotnione akcenty kojarzą się gdzieś tam delikatnie z wczesnym obliczem Swans. Bardzo interesujący numer.

„Ciało” skrywa sporo ciekawych pomysłów, wydaje mi się jednak, że przede wszystkim liczy się osiągnięty klimat i hipnotyczne opętanie – stan, który współcześni wykonawcy często bagatelizują. I w tym miejscu przychodzi refleksja, że może właśnie dlatego tak lubimy się wymęczyć, słuchając wspomnianych Wież. Fabryk, „Pornography” The Cure, czy właśnie „Ciała”. Muzyka nie na każdy moment, nie na każdy stan umysłu, ale na pewno ważna i sprawiedliwie oddająca istotę nowofalowego wycofania. Polecam.

Arek Lerch