ROYAL THUNDER – CVI (Relapse)

W rejonie Czernobyla można ponoć spotkać dwugłowe króliki i miałczące psy. W sumie, trudno się dziwić, promieniowanie przez lata zrobiło swoje. O ile jednak mutacje w miejscu pamiętnej katastrofy mogę zrozumieć, o tyle kompletnie nie kumam, co takiego jest w mieście Atlanta. Praktycznie każdy zespół pochodzący z tego rejonu gra sludge/southern metal i w większości przypadków jest to muzyka najwyższych lotów. Teraz do tego stadka dołącza Royal Thunder i za sprawą „CVI” dokonuje małego przemeblowania. Jest to jednocześnie pierwsza od wielu miesięcy płyta z logo Relapse, ocierająca się o geniusz.

Nie jestem jakimś maniakalnym fanem doom/sludge metalu, jednak od czasu do czasu spotykam formacje, które potrafią zrobić z tą muzyką coś zaskakującego. Debiutancką ep – kę Royal Thunder sprzed niespełna dwóch lat jakoś przegapiłem. Pierwsze, pełnowymiarowe dzieło też swoje odstało. W końcu jednak doznałem olśnienia – „CVI” spłynęło na mnie niczym objawienie, pokazując, że w XXI wieku można na nowo odczytać muzykę zgraną jak stary pantofel. Royal Thunder, zamiast snuć smutne rozważania na tle posępnych, post sabbath’owych riffów, poszedł po rozum do głowy i postanowił pogrzebać w archetypicznej podstawie tej muzyki.

A ta na nowej płycie sprawia w dużej mierze wrażenie prawie całkowicie improwizowanej. Nie wiem, jaka jest prawda, jednak rozwijające się, długie tematy, sporo luzu  i mnóstwo zabawy dźwiękiem takie wnioski nasuwają.  Z doom metalu Royal Thunder pozostawił sobie specyficzny klimat i wolne tempa, jednak gitarowa szkoła to zdecydowanie inna bajka. Wrażenie zależności między współczesnym, hard rockowym graniem a żarliwością Led Zeppelin („No Good”!!) prześladuje mnie przez całą długość płyty. W zasadzie trudno mówić o zamkniętych kompozycjach, bo zespół co i rusz porzuca konkretny riff i zanurza się w psychodelicznych, rozedrganych dźwiękach, które z lubością i znawstwem maltretuje na wszystkie sposoby. Melancholijny klimat, tworzony przez śpiew pani Mlny Parsonz jest hipnotyzujący; rzadko kiedy bezkrytycznie przyjmuję śpiewające damy, jednak tym razem nie mam wątpliwości. Splatające się ze sobą tematy są zaskakująco ciekawie poukładane pod względem dynamiki. Tu zespół bryluje – od niemal zupełnej ciszy, przez gitarową mgiełkę aż do metalowo – perkusyjnego, szmańskiego hałasu, kojarzącego się w tych najintensywniejszych momentach z poczynaniami Mastodon.  Wracając ponownie do ekipy Page’a – tak, jak i wielcy herosi z lat 70 – tych i Royal Thunder potrafi zbratać twardy, miejscami toporny hard rock z blues’owymi skalami i jazzową wrażliwością. Częste wycieczki poza schemat, dużo różnych eksperymentów brzmieniowych i dodatkowo analogowy sposób realizacji płyty stawiają RT w roli ambasadorów blues (hard?) rocka, przefiltrowanego przez współczesne myślenie o muzyce.

Na płycie jest kilka kawałków, które zdecydowanie wyróżniają się z całej, bardzo zróżnicowanej stawki. Niech będzie to blues „Sleeping Witch” – wolny, miarowy rytm, przestrzeń, tajemnica i duch starych, czarnoskórych pieśniarzy płaczących nad losem swoich braci. „Blue” otwiera długie tremolo na werblu a  całość rozwija się w transowy, blisko 10 – minutowy utwór, przykuwający uwagę chociażby linią basu. W szczytowym momencie znów słychać nawiązania do twórców „Leviathana”. Dużo tu mocno akcentowanej akustyki, stwarzającej nieco odrealnione wrażenie, kojarzące się z acid rockiem (spora część „South of Somewhere” czy „Minus”). Jazzową wrażliwość zespół pokazuje w „Drown”, z pięknym, stylowym zamiataniem szczoteczkami  na werblu. Co ciekawe,  Royal opanował do perfekcji zagęszczanie faktury, w niektórych momentach dopuszczając do głosu nawet potężne, bardzo szybkie pochody podwójnej stopy i choć może wydawać się to dziwne, taki patent w kontekście muzycznego miszungu, jaki znajdziemy na płycie, pasuje tu idealnie (końcówka „South of Somewhere”).

W wielu miejscach miałem nieodparte wrażenie, że słucham muzyki napisanej przez Nicka Cave – powinowactwo blues’owych skal, podskórna tajemnica i emocjonalna gęstość dźwięków przy jednoczesnym minimalizmie jest symptomatyczna dla Australijczyka. Royal Thunder balansują na granicy kilku światów i na razie sprawdzają się idealnie, mimo ponad godzinnej dawki muzyki. Trudno się od niej oderwać, choć trzeba także pamiętać, że jeśli ktoś oczekuje łatwej i przyjemnej rozrywki, może sobie krążek darować.

Grupie udało się stworzyć w tej dość zgranej stylistyce nową jakość, co ciekawe, za sprawą   traktowanych niemal jak klisze elementów. Bo nawet jeśli słyszałem podobne pomysły u setek innych, amerykańskich wykonawców, to właśnie Royal Thunder powoduje, że zamiast znudzenia, z niecierpliwością czekam na to, co nastąpi za chwilę.  Myślę, że nazwanie Royal Thunder następcami płonącego sterowca to przesada, nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że sam Page błogosławił ich instrumenty. Może tak było… Kto wie…

Arek Lerch