RITA PAX – Old Transport Wonders (Penguin Records)

Usilne poszukiwanie równowagi w muzyce przybiera w ostatnich latach formę karykaturalną. Idealne połączenie oryginalnych aranżacji z przyjazną formą staje się obsesją i prowadzi do masowej produkcji płyt, które stają się co najwyżej pożywką dla tzw. dziennikarzy muzycznych (jeśli coś takiego jeszcze istnieje…). Za rok nikt nie będzie pamiętał o artystycznych dziwactwach, które poza chwilową sensacją pozostawią po sobie co najwyżej kurz na sklepowych półach. Powyższa konkluzja jest szczególnie wyraźna w kontekście takiej płyty jak „Old Transport Wonders” Rita Pax, która już dzisiaj jest dla mnie jednym z najlepszych, tegorocznych wydawnictw z kręgu szeroko pojętej alternatywy.

Krążek Prąd Natalii Przybysz, który niedawno opisywałem, mile mnie połechtał, za to ”Old Transport Wonders” Rita Pax, zespołu dowodzonego przez młodszą z sióstr, Paulinę, to wydarzenie, które powinno wstrząsnąć krajową muzyką, choć jak znam nasze realia, tak się nie stanie, bo radiowy eter nade wszystko nie lubi muzyki ambitnej, zrobionej z głową i łapiącej ulotną równowagę między zakręconymi brzmieniami a zwykłą przebojowością. Wniosek nasuwa się sam: w normalnym kraju taki „Too Much” już powinien zawojować eter i wylewać się z każdego głośnika. Szkoda, w każdym razie ja każdy dzień zaczynam od tej piosenki, żeby pozytywnie nastroić się do nierównej walki z życiem.

Ok, dość prywaty, czas na konkrety. Drugi materiał Rita Pax sytuuje się gdzieś w połowie między ambitnym soulem, indie rockiem a bardzo wyraźną chęcią zabawy dźwiękami i brzmieniem. W pierwszej chwili uderza mnie kompleksowość tej muzyki. Rozbudowane aranżacje, sporo ciekawych, egzotycznych instrumentów (daruję sobie nazewnictwo…), prowokują obawy, że dostajemy do rąk pstrokaty jarmark. Nic podobnego, muzyka brzmi zaskakująco spójnie, na pierwszy plan wypychając puls i gładkie, choć bardzo naturalne brzmienie. Wszystkie smaczki są finezyjnie poupychane w aranżacji; kto chce, na pewno zdoła wydłubać z ciasta rodzynki, a kto woli słuchać wpadających w ucho piosenek, też nie będzie miał z tym problemu. Konstrukcyjnie płyta opiera się na trzech filarach, które w jakimś sensie – przynajmniej dla niżej podpisanego – wyznaczają charakter „Old Transport Wonders”. O pierwszym (czyli „Too Much”) już wspomniałem, kolejne to usadowiony w samym środku płyty „Bow”, chcąc nie chcąc, kierujący myśli w stronę Björk (lekko kabaretowy posmak i wokalna ekwilibrystyka), oraz song tytułowy, zdradzający pociąg zespołu to przyjemnego wpadania w trans. Kawałek trwa siedem minut, choć dla mnie muzycy mogliby pociągnąć go jeszcze dłużej. Nie ma nudy, jest hipnoza. Mamy zatem przebojowość, rewelacyjne partie wokalne (szczególnie ze względu na emocjonalne interpretacje), jest wreszcie kapryśne balansowanie na granicy bardzo różnych stylistyk, bo trafi się tu i nawiązanie do alt country, jest ciut amerykańskiego rozumienia alternatywy („Handsome”), solidny indie rock a nawet trochę bluesa czy gospel (z rozmachem zaśpiewany, przebojowy „Devine High”). No i oczywiście soul, którego ze względu na głos Pauliny pominąć nie można, choć tu, ujęty w klamrę rockowej instrumentacji staje się kolejnym powodem zachwytów („Death Song”). Warto podkreślić, że pani Przybysz, mając niesamowite możliwości wokalne, nie popisuje się, ale buduje rewelacyjne melodie, przez co w zasadzie każdy utwór z tej płyty (z naciskiem na drugą jej połowę…) lepi się do serca. Siłą tego materiału są detale. Często takie, na które nie zwraca się uwagi w pierwszym kontakcie. Rozgrywające się na drugim planie, dyskretnie umocowane w konstrukcji piosenek brzmienia wspomnianych, nietypowych instrumentów ale i „nie – instrumentów”, jak chociażby sprytnie wykorzystana butelka w „Self Adjusting Bomb”. Takich niespodzianek znajdziemy tu mnóstwo… Co ciekawe, trudno porównywać „Old…” z „Prądem”, bo jedynie w mocno rockowym, neo – stoner’owym „Widow”, Rita Pax akcentuje przywiązanie do szorstkiego riffu. Dużo bardziej woli mięsisty, aksamitny puls (eksponowanie basu i pracy bębnów na tej płycie to mistrzostwo), preferuje też przyjemny minimalizm formy (oszczędnie zagrany „Overdose”). Banałem będzie komplementacja poziomu wykonawczego – ten jest bez zarzutu, każdy muzyk sprawdza się w swojej roli i słuchając płyty można szybko wyczuć, że to nie solistka plus wynajęci klezmerzy, tylko grupa kumpli, którzy zwyczajnie lubią ze sobą grać.Rita band

W natłoku muzycznych wydawnictw coraz trudniej wyłowić takie, przy których człowiek chce zatrzymać się na dłużej. Cieszę się, że zwróciłem uwagę akurat na „Old…” bo to rzecz w zasadzie bez słabych punktów i choć dla paru czytelników zabrzmi to niczym herezja, żadne awangardowe hałasy nie zrobiły na mnie w ostatnim czasie takiego wrażenia jak te piosenki, bo… czuć w nich duszę i autentyczną „zajawkę”. A o to we współczesnym, muzycznym biznesie jest paradoksalnie strasznie trudno.

Arek Lerch

Zdjęcie zespołu: Celestyna Krol