RAPE ON MIND – Downwards

Zasadnicze pytanie, jakie chciałem w tej recenzji zadać, brzmi – po co właściwie grupa ludzi, zwanych inaczej zespołem, męczy się i przygotowuje muzykę, udostępnianą potem słuchaczom na płytach czy podczas koncertów? Odpowiedź na to pytanie jest prosta a jednocześnie… niemożliwa. Ten z gruntu nielogiczny wywód stanie się podstawą naszych rozważań nad debiutanckim krążkiem założonej w 2003 roku formacji Rape On Mind.

Po co zatem? Odrzucamy w tym miejscu wszelkie działania, mające n a celu korzyści majątkowe. Pomijamy kwestię zyskania jakiejś formy popularności, bo w dzisiejszym, zdominowanym przez telewizyjne, większe lub mniejsze kurewki, biznesie, trudno znaleźć miejsce dla czegoś z gruntu szczerego. A zakładam, że nasi bohaterowie szczerzy są jak najbardziej. Co zatem pozostaje? Masochistyczne poświęcenie własnego czasu na tworzenie muzyki, która nie przyniesie żadnego z wyżej wymienionych profitów? Być może. Ja nazwę to jednak na własne potrzeby inaczej – patologicznym skrętem zwojów mózgowych, popychających muzyków do działań zgoła nieracjonalnych. Bo trudno za racjonalny uznać fakt nagrania płyty, która będzie dla szeroko pojętego gremium słuchaczy raczej niestrawna. Co za tym idzie – w moim odczuciu musi być to album tygodnia.

Honorowanie muzyków za sam fakt poświęcania się dla wyższej, choć raczej mało wyraźnej idei, nie może być jednak przyczyną pokłonów jakie składam przed zespołem. Głównym powodem zachwytów jest muzyka – 28 minut szaleńczej, beznadziejnie szczerej i akomercyjnej dawki hałasu. Wiem, że zespół broni się przed porównaniami, ale każdy – powtarzam – każdy, kto usłyszy „Downwards”, bez problemu przyporządkuje te dźwięki do szufladki, w której tkwią inne, beznadziejnie zakochane w połamanych dźwiękach krajowe hordy. Zresztą, osoba Wawrzyńca Fularza, perkusisty znanego z zespołu Ketha, jest tu dość wyraźnym drogowskazem. O ile jednak wymieniona formacja na swojej drugiej płycie poszła w stronę muzyki zdecydowanie bardziej awangardowej, o tyle podstawą dźwięków na „Downwards” jest jednak bardziej metalowe uderzenie. Rzecz jasna, metal jest tu jedynie rozumiany RoM bandjako sposób konstruowania dźwięków – masywność riffów, wyrazista i punktująca gra perkusji, pojawiające się tremola czy blasty to oczywiście tylko punkt wyjścia do poszukiwań.

Ostatnie słowo powyższego akapitu jest jednocześnie wyjaśnieniem intencji zespołu, jak też i odpowiedzią na pytanie, postawione we wstępie. Z tym, że Rape On Mind zachowują się trochę jak dziki zwierzak, poszukujący dziury, którą mógłby spieprzyć z klatki. Szarpią się, rzucają, czasami na chwilkę przycupną gdzieś w kąciku, by nagle znienacka zaatakować druciane ogrodzenie. Płot jest jednak mocny – i to mój jedyny, malutki przytyk do tej płyty – muzykanci świadomie lub nie, nie posuwają muzyki dalej, niż na swoich krążkach uczyniły to takie formacje jak Neuma czy Merkabah. Szaleńcze spiętrzenia dźwięków, załamujących się w najdziwniejszych momentach, gitarowe paroksyzmy, które często nie mają nic wspólnego z riffem czy rytmem, zabawa dysonansami ujętymi w poszatkowane i niesymetryczne metra to dla podmiotu niniejszej recenzji pestka. Jestem zaskoczony (bo zawsze taka muzyka mnie powala i zniewala) i nie-zaskoczony (bo już to słyszałem). Ok., zdziwiony byłem jedynie w miejscach, kiedy zespół zaczyna interpretować na swój sposób nu metal (ale nie zdradzę, w jakim kawałku takie wpływy zwąchałem), bo to dość ryzykowne i… zabawne.

Niespełna pół godziny świetnej zabawy z muzyką Rape On Mind nie pozwoliło mi jednak zapomnieć o podstawowym dylemacie – dla kogo i po co? Z jednej strony wszystko już było (czego syndrom można odczuć na wielu tego typu płytach, z nowym – świetnym – Dillingerem na czele…), nie da się przegiąć bardziej, z drugiej – współczesny świat dostarcza tylu bodźców, że to, co jeszcze parę lat temu wydawało się wynaturzeniem i awangardą, dzisiaj jest stałym i mało intrygującym elementem pop kultury. Nie odpowiem na te pytania, może zrobi to sam zespół. Na razie staram się nie myśleć o dręczących mnie dylematach i dobrze się bawić. Zboczeńcy i szaleńcy gitarowo – perkusyjnej matematyki – macie nowego idola!

Arek Lerch