RACEBANNON – Six Sik Sisters (Tizona Records)

Po raz kolejny wraca na nasze łamy muzyka, będąca paskudnym bękartem alternatywnej sceny lat 90 – tych i choć nigdy nie zyskała należnego jej – zdaniem piszącego – statusu, ma ciągle rzesze zwolenników a w ostatnich latach atakuje z siłą huraganu. Dlaczego? Może dlatego, że w dziedzinie ekstremy metal i hard core doszły już do granicy? Racebannon to jeden z długodystansowców sceny noise i choć poprzednie płyty były niczego sobie, to najnowsze, piąte dzieło jest krwistym ochłapem ocierającym się o geniusz.

 

Racebannon pozbierał na „SSS” doświadczenia z minionej dekady, przyjrzał się dokładnie scenie hard core’owej i metalowej dostrzegając luki, które można z powodzeniem wypełnić. Bo słuchając np. „Thee Brother” nie sposób uśmiechnąć się na dźwięk otwierającego go,   czysto metalowego, bzyczącego tremola gitary (to zresztą jeden z agresywniejszych numerów na płycie…). I nie jest to bynajmniej kpina, tylko jak najbardziej poważne sięgnięcie do zasobów tej muzyki. Racebannon działa w podobny sposób co koledzy z KEN mode; stara się uwspółcześnić muzykę, która teoretycznie przypisana jest do lat 90 – tych. A więc obok typowych, zgrzytliwych i dysharmonicznych faktur gitarowych nie zapomina o tłustym, nader  współczesnym brzmieniu. Brata się z metalem, ale w niektórych miejscach ze zdziwieniem można zauważyć także, że nie są mu obce  wpływy grind (początek „Thee Despeerate”). Do tego dochodzi znana z dawnych płyt, charakterystyczna, „pętlowa” maniera aranżowania utworów. Z zasobów czystego noise Racebannon obficie wykorzystuje charakterystyczne sprzężenia gitarowe, racząc nas w wielu miejscach hałasem niemal doskonałym. Z tamtej epoki pozostała też nieco kabaretowa postawa eksponująca aktorskie możliwości wokalisty, który drze się opętańczo na różne sposoby, zbliżając się zresztą tu i ówdzie do zaflegmionych wyziewów Davida Yow.

Największą zaletą „SSS” jest niesamowite zróżnicowanie materii dźwiękowej, dzięki czemu jest to najbardziej charakterystyczny krążek zespołu. Nie ma mowy o jednostajnej ścianie łomotu. Ba, zespół sięga do różnych, nietypowych jak na współczesne płyty zagrywek. Bo mamy tu i solo na bębnach („Thee Solo”, jakże by inaczej…), będące właściwie rytualnym, ekstatycznym tańcem wokół ogniska. Jest wreszcie dziwaczny przerywnik „Thee Interlude” i zakończenie w postaci „Thee End” (fakt, na tytuły chłopakom zdecydowanie nie starczyło inwencji…), czyli ambientowego, lekko orientalizującego instrumentala. Ale i w konkretnych, naładowanych hałasem kompozycjach zespół potrafi namieszać. Bo np. już otwierający płytę kawałek „Thee Plea” oparty jest o rytmiczny motyw, który w zasadzie przez część utworu brzmi jakby… nie mógł się rozkręcić. Od razu słyszymy też firmowe brzmienie skrzeczącej, kakofonicznie przesterowanej gitary. Miażdżący jest zróżnicowany, posępny „Thee Apology”, naładowany wściekłym bębnieniem i jękami gwałconej na wszystkie możliwe sposoby gitary. Zespół bawi się różnymi tempami, w ramach każdego kawałka wprowadzając karuzele klimatów („Thee Challenge” – hit płyty: riff, poszarpana struktura i ból głowy na koniec…), tak, żeby ani przez moment nie było nudy. I to mu się udaje, choć trzeba jednak być przygotowanym na paskudny miejscami natłok niemal jarmarcznego łomotu. Ale kto od noise rocka oczekuje ballad?

„Six Sik Sisters” jest moim noworocznym objawieniem. Nie spodziewałem się aż tak dobrej i powiem to otwarcie, oryginalnej płyty. Uważam, że największym sukcesem Racebannon jest – podobnie jak w przypadku KEN mode – odczytanie noise na nowo, bez niszczenia najbardziej charakterystycznych cech gatunku. Racebannon jest mniej hardcore’owy od ziomków z Kanady, bardziej schizofreniczny i niemal komiksowy w swoim rzucaniu się na wszystkie strony. A jednocześnie „SSS” to kawał zwartej, bardzo ciekawej i wywrotowej – jak na dzisiejsze czasy – muzyki gitarowej. Za to należy im się piedestał.

Arek Lerch