PYRRHON – An Excellent Servant But A Terrible Master (Selfmadegod)

Na początek kilka suchych jak wiór faktów. Pyrrhon urodził się niedawno, bo w 2008 roku. Już dwanaście miesięcy później miał na koncie demo, w 2010 – ep – kę „Fever Kingdoms”, zaś błysk supernovej zobaczyliśmy w tym roku za sprawą „An Excellent Servant But A Terrible Master”. Płyty, która być może nie zmieni biegu historii, ale na pewno jest jedną z bardziej zaskakujących jakie przyszło mi ostatnio zgłębić.

Z prawdziwą przyjemnością kreślę kilka słów na temat death metalowej kapeli. A to dlatego, że w ostatnich czasach raczej rzadko coś mnie porywało ze „śmiertelnych” propozycji. Najczęściej czułem zmęczenie, bo kolejne, techniczne wymioty sprowadzały się do zabaw oklepanymi patentami i produkcyjnych sztuczek przy użyciu komputera. Ok., Mr. Death daje radę, ale to kompletnie inna para brudnych kaloszy w zupełnie nie – technicznym stylu. Jest nowy Atheist, że nie wspomnę o setkach post – chuldinerowych pogrobowców, którzy jednak niczego ciekawego już nie wymyślą. Nudzą mnie młodzi wykonawcy, upychający w swoich kawałkach więcej pomysłów niż – za przeproszeniem – więźniów w polskich zakładach penitencjarnych.

Ten przydługi wstęp był mi potrzebny jako kontekst do debiutanckiego dzieła Nowojorczyków. Pyrrhon, mając odpowiednie kwalifikacje, wcale nie kwapi się, by połamać nam kości karkołomną jazdą. Wręcz przeciwnie – stara się dawkować pomysły, a jeśli ma ich odpowiednio dużo, to tworzy aranżacje czasowe na tyle rozbudowane, że zawarte w nich muzyczne historie nie muszą się rozpychać. Dzięki temu narracja dźwiękowa prowadzona jest spokojnie, z odpowiednim oddechem, który udziela się też słuchaczowi. Pyrrhon dba o kompozycję, na niej się skupiając i hołdując raczej riffowi niż nerwowym łamańcom. Co nie zmienia faktu, że gra z niemal jazzrockowym zacięciem. Zaskakującym kierunkiem, jaki pojawia się na „An Excellent…” jest mariaż z psychodelią. Gitarowe riffy co i rusz rozpływają się w, powiedzmy, „Floyd’owskiej” mgiełce, także pałker potrafi zmiękczyć swoją grę, co regułą wśród metalowych fizycznych wcale nie jest.

Punktem kulminacyjnym płyty są zamykające ją, ośmiominutowe opowieści „Flesh Isolation Chamber”, „A Terrible Master” i ustępujący im jedną tylko minutą opener „New Parasite”. Czego tu, drodzy Państwo, nie ma. W zasadzie jest wszystko – jazz, psychodelia, blasty, wyciszenia, awangarda… Równiutko wymieszane, perfekcyjnie zagrane i logicznie poukładane, bez chaotycznych, ślepych poszukiwań. Te normalniejsze – krótsze kawałki (np. „Idiot Circles” czy „Gamma Knife”) wcale nie są gorsze, nawet jeśli zespół zbliża się w nich do death metalowej tradycji, to czyni to z własnego punktu widzenia, grając odważnie i ze spokojem serwując ciekawe zagrywki. Choć nadal pozostaje hałaśliwą i agresywną trupą długowłosych barbarzyńców.

Jeśli przyjąć, że możemy wstawić Pyrrhon do działki „death metal”, anonsuję, że w tym gatunku to jedna z lepszych, tegorocznych płyt. Nie mam wątpliwości, że niczego to nie zmienia w okrutnym zgiełku ciągle kotłującej się sceny, ale świeży – psychodeliczny – podmuch jest wyczuwalny. A jeśli ktoś zarzuci mi, że powyższe słowa są efektem kumoterstwa z wydawcą – będę usilnie zaprzeczał.

Arek Lerch