PRIMUS – Green Naugahyde (ATO Records/Prawn Song)

Jak każdy winny, już od pierwszych słów zaczynam się tłumaczyć – długo zastanawiałem się, czy ten dział to odpowiednie miejsce dla nowego dzieła Primus. Bo jeśli założyć, że piszemy tu o płytach wybitnych, ale też innowacyjnych i wyprzedzających swój czas, trudno zgodzić się z takim werdyktem w stosunku do „Green Naugahyde”. Z drugiej strony, Primus to Primus i trzeba świętować pierwszy od dwunastu lat, długogrający album. A po trzecie, maniakiem Primusa zawsze byłem, więc… rozumiecie…

Jak tu nie cieszyć się z albumu formacji, która w zasadzie miała już nie istnieć. Jakieś składanki czy mini album dołączony do DVD z 2003 roku wyraźnie na to wskazywały. Tymczasem nieprzewidywalny Les przeprosił się z jednym z założycieli Primusa, pałkerem Jay Lanem i wykonał dość brutalną woltę stylistyczną, wracając swoją twórczością do okolic roku pańskiego 1990.

Tak, drodzy czytelnicy, „Green Naugahyde” mógł powstać po premierze „Frizzle Fry”, bądź tuż przed wydaniem „Sailing the Seas of Cheese”. Równie dobrze mógł też Les zapaść na dość powszechną w ostatnich latach chorobę i bawić się w odgrywanie na koncertach w całości np. wspomnianej już płyty „Frizzle Fry”. Na szczęście, lider Primus to artysta a nie rzemieślnik i dzięki temu możemy cieszyć się (bądź narzekać…) nowym materiałem. Nie dziwię się, że Les, znany z dość pokrętnych odpowiedzi, tym razem wyraźnie podkreśla powinowactwo skomponowanej muzyki ze starymi czasami. Wszystko jest tu zrobione według recepty z 90 roku. Charakterystyczna, „sucha” gra perkusisty, funkowy drive i melodyjki rodem z knajpy odgrywane przez Larry’ego. Les gra raczej oszczędnie, stosując mniej radykalne rozwiązania niż np. na „Pork Soda”, skupiając się na współtworzeniu sekcyjnego łomotu, choć i tak, w stosunku do setek basistów, jego gra to jedna, wielka solówka. Jay punktuje pięknie poczynania lidera, zabawiając się tremolami na hi-hacie, stukając precyzyjnie aż do bólu. Co z tego, że czasami porywa się na wierną wręcz kalkę rytmiki z pierwszych płyt zespołu (koronny przykład – „Eyes of the Squirrel”…) i nie wymyśla choćby jednego, nowego bitu. Jego gra scala płytę i wywołuje uśmiech szeroki, szczególnie u niżej podpisanego, bo nie ukrywam, że brzmieniowo – muzyczne eksperymenty rodem z „brązowego albumu” do dzisiaj nie budzą mojego zachwytu.Primus

Osobna sprawa, to LaLonde, stojący w cieniu Lesa, ale tak po prawdzie odpowiedzialny za charakterystyczne brzmienie i melodykę płyt Primusa. Jego gra – jak zwykle zresztą – pełna jest niedomówień, oszczędnego frazowania w stylu Summersa, jednak o wiele bardziej schizofreniczna. Trzeba się z nią oswoić i zaakceptować, innego wyjścia nie ma. Choć i on przypomina sobie, że kiedyś walczył w Possessed – posłuchajcie riffu w „HOINFODAMAN”, toż to metal pełną gębą… No i obowiązkowa dawka komedii, absurdu i groteski rodem z domu wariatów. W zasadzie w każdym kawałku, ale szczytem jest pewnie „Eternal Consumption Engine”, brzmiący jak soundtrack do pieprzniętej kreskówki. Osobiście nie trawię cyrku w muzyce, ale Primus swoje „puszczanie oka do słuchacza” sankcjonuje fenomenalną techniką, oczyszczającą mnie ze wszelkich wątpliwości.

Nowe dzieło Primus sprawiło mi wiele radości, jednak nadal zastanawiam się, czy taka w sumie zachowawcza rejterada jednego z najoryginalniejszych muzyków na świecie świadczy o jego kapryśnym charakterze, czy raczej niemocy twórczej. Wprawdzie pomysł zatytułowany „back to the roots” nie jest dzisiaj niczym nowym ani też nagannym, ot, prawda czasów w jakich przyszło nam żyć. Cóż z tego, skoro w porównaniu z „Pork Soda”, nowe dzieło Primus wypada, delikatnie rzecz ujmując, mało oryginalnie. Na szczęście, możemy porównywać „Green…” z całą resztą muzycznego świata a wtedy nie ma wątpliwości, kto rozdaje karty…

Arek Lerch