PREOCCUPATIONS – s/t (Jagjaguwar/[PIAS])

Medal za odwagę dla VietCong. Uuuups, nie VietCong a Preoccupations. Wielka musi być odwaga, by w momencie sukcesów zmieniać popularny szyld. Albo – wielka musiała być determinacja przeciwników nazwy VietCong, żeby zmusić zespół do takiego ruchu. No i zmienił, otrząsnął się i nagrał nową płytę. Też zaskakującą i na swój sposób odważną.

Rzecz  jasna, od początku gdzieś podświadomie czekałem, aż w Ameryce ktoś przypieprzy się do tej nazwy. Zważywszy na zakręty historii, było to nieuchronne. Trochę tak, jakby w Polsce ktoś nazwał zespół np. Wehrmacht. Zatem było zamieszanie, stres, w dodatku muzykanci rozjechali się do różnych miast i wydawało się, że na debiutanckim albumie się może skończyć. A tu proszę. Jest płyta… Co ciekawe, za nowym szyldem poszły nieco inne dźwięki, które zwolenników VietCongu mogą nieco zaskoczyć, tym bardziej, że zespół dość mocno „umuzycznił”  swój eksperyment.

W recenzji debiutu VietCong pisałem, że biorą pop, ale pozbawiają go chwytliwości, indie kastrują z gładkich gitar. Basowe częstotliwości w stylu Joy Division („Silhouettes”) potrafią przerobić na kakofoniczny noise a pozornie mdłe melodyjki serwować razem z shoegaze’owym gruzem. W dodatku pierwsze utwory z tej płyty miały w zasadzie odstraszać słuchacza, będąc mocnym i mało muzycznym doświadczeniem. W sumie było to jednak intrygujące mieszanie. Preoccupations zasadniczo korzystają z tego samego zestawu inspiracji i rozwiązań, tyle, że zamiast eksperymentować z wytrzymałością słuchacza, zapodają… piosenki. To pierwsza zmiana. Druga to zdecydowany ukłon w stronę syntetycznych brzmień. W zasadzie wszystko na tej płycie jest studyjnie przetworzone, zalane klawiszowym sosem i preparowanymi dźwiękami. Tyle, że układającymi się w zgrabne kompozycje. Zadziwiająco dużo jest całkiem melodyjnego śpiewania. Pierwsze skojarzenia? Oczywiście, post punk z brzmieniowym brudem, charakterystycznymi, surowymi dźwiękami szczekających gitar. To jednak tylko jedna strona wagi – na drugiej szali mamy pięknie pulsujący bas, sunące bębny i wygrywane na klawiaturach melodyjki. Myślę, że pierwszy kontakt z takimi utworami jak „Anxiety” czy „Monotony” może być szokiem: vietcong’owy brud został tu zmieszany z klimatem editorsowym, jest charakterystyczny, zimny śpiew a nad wszystkim unosi się mocno zaznaczona aura Joy Division. Oj, już słyszę narzekania – znoooowu!? Na szczęście (choć dla mnie i tak nie jest to żaden problem…) Preoccupations potrafią z tych pozornie zgranych elementów ułożyć własną muzykę. Nie powiem, nową jakość, bo ta płyta nie jest jednak aż tak szokująca jak debiut VietCong. Z drugiej strony – czy nagranie kolejnego, kontrowersyjnego, trudnego w odbiorze dzieła nie byłoby przesadą? Jak ktoś chce zmierzyć się z bardziej odjechanym Preoccupations – proszę bardzo – jest jedenastominutowy „Memory”, który ładnie przechodzi od nowofalowej, motorycznej jazdy do szumiącego, zabrudzonego ambientu w finale. Równie ciekawie prezentuje się ”Degraded” z deszczowym, paranoicznym klimatem, podkreślonym zacinającą się, klawiszową, lekko obsesyjną melodyjką. Są miniaturowe „Forbidden” i „Sense” a jeśli ktoś lubi bardziej gitarowe kompozycje, ucieszy go „Stimulation” – to nowofalowa surowizna, katapultująca zespół do 1985 roku. I na zakończenie – płynny powrót do meritum, czyli syntetyczny, monotonnie pulsujący  „Fever”.preoccupations-band

Być może debiut Preoccupations może budzić kontrowersje zbyt nachalnymi ukłonami w stronę  post joydivisionowych klimatów, może poszczególne klocki są zgrane przez setki zespołów, które postanowiły na smutku zrobić karierę. Pominę tu własną słabość do takiej stylistyki. Preoccupations zachowują jednak własny sznyt – jest ten charakterystyczny brud, cała masa zabawy z preparowaniem brzmienia. Są dysonanse, może poukrywane pod plastikową kołderką, ale uważny słuchacz złapie trop. Jest świetne wymieszanie żywych instrumentów i dziwnych brzmień rodem z nawiedzonego komputera. I to wszystko zderzono z dużą – a jednak – przystępnością materiału. Tym razem Matt z kolegami postarali się by ich muzyki nie traktowano jedynie w kategorii dziwactwa czy ciekawostki, ale jak pełnoprawną sztukę. W każdym razie, na dzień dzisiejszy, do tej płyty wracam częściej niż do debiutu VietCong. Polecam…

Arek Lerch