PLUM – Emergence (Ampersand Records)

Piąta płyta poznańskich, rockowych hałasistów ma tylko jeden słaby punkt. Jest nim okładka, bo ta nijak ma się do energetycznej niczym napój Tygrys muzyczki. Poza tym, ostatni raz kraciastą koszulę nosiłem na pierwszym roku studiów, kiedy odkryłem, że flanelę wycierali nie tylko muzycy fIREHOSE ale także Kurt i Chuck D. I było to bardzo dawno temu.

Nowa płyta Plum, podobnie jak „Hoax”, zostaje albumem tygodnia, bo nie mogę inaczej. Więcej, w przypadku „Emergence” jestem jeszcze bardziej przekonany, że poznaniacy to muzycy z niesamowitym talentem, pomysłem i tym jedynym w swoim rodzaju radarem, który pozwala im z zamierzchłych lat 90 – tych wyciągnąć wszystko, co najlepsze. I tu mógłbym wymienić całą plejadę gwiazd, do których na płycie przyznaje się Plum, jednak zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdemu takie cytaty się  podobają. Problem w tym, że na „Emergence” Plum wcale nie korzysta z gotowych, niedogrzanych dań; to raczej potrawa przygotowana ze świeżych składników, które – choć same w sobie bardzo dobrze znane – połączone i przyrządzone zostały w najlepszej, rockowej tradycji, ale ze znaczącą dozą indywidualizmu. Jeśli zaś komuś nie w smak, że zamiast avocado ma na talerzu całkiem oryginalnie przyprawione ziemniaki, znaczy, że jest niepotrzebnie zmanierowany albo, co gorsza, należy do zrzeszenia Lewiatan.

„Emergence”, w stosunku do nieco ponad rok (!) młodszej „Hoax” to przede wszystkim (dla niżej podpisanego…)  dominacja rytmu. Może jestem lekko skrzywiony, ale właśnie w pierwszej kolejności dotarła do moich uszu znakomita, prująca do przodu sekcja. Obojętnie, co gra gitarzysta, wszystko pięknie pulsuje i dzięki temu nie ma mowy o nudzie, którą zarzuca grupie jeden z głuchych recenzentów jakiegoś portalu. Jeśli na „Emergence” są fragmenty nudne, znaczy, że 80% płyt, z jakimi stykamy się na co dzień, w ogóle nie powinno było powstać. „Emergence” zmusza do myślenia, owszem, ale jeśli kogoś wysilanie mózgownicy boli, powinien wrócić czym prędzej do pozostawionych w oborniku wideł. Osobiście pracy fizycznej nie lubię, dlatego od jakiegoś czasu bez przerwy przegryzam się przez „Emergence” i dostaję zawrotu głowy. Trudno bowiem w kilku słowach skreślić obraz majstersztyku, przygotowanego przez Plum. Bo jest tu i noise i sonic’owa psychodelka gitarowa (gitarzysta i jego gra to temat na osobną rozprawkę i o tym przeczytacie w nadchodzącym wywiadzie…) i shellac’owy math, ale jest też indie – piosenka. Jeśli miałbym znaleźć numer, który wyraźnie nawiązuje do jednej li tylko inspiracji, będzie to „The Grey”, który brzmi jak zapomniana kompozycja NoMeansNo z okolic „0+2=1”. I jest jednocześnie cholernie przebojowy. Właśnie – te kawałki zapadają w głowę i w wielu miejscach spokojnie mogłyby powalczyć o miejsca na radiowych plejlistach (np. „Emergence”). Nie sposób też nie zauważyć, że zespół skonstruował płytę troszkę na zasadzie pewnego wytłumiania emocji, bo im bliżej końca, tym melancholijniej – po linii Rein Sanction – się robi, bardziej jesiennie, coraz więcej wczuwania i świetnie budowanego nastroju, aż do transowego finału „M.A.R.C.H”, gdzie zespół zdradza swoje zauroczenie krautrockowym Berlinem.

Przeraża mnie ta płyta. Przeraża, bo udowadnia, że kiedy soki buzują, to raz na rok można wypuścić kilkanaście świetnych kawałków, pozostać kreatywnym i nie spocząć na  laurach. Młodzieńcza – nadal! – fascynacja dźwiękiem, połączona z muzyczną erudycją i dokładnym przekonaniem co do obranej drogi zogniskowała się na „Emergency”, błogosławiąc hałas jako jednozbawczy element muzycznej wiary. Tylko kto tego będzie słuchał, skoro maniacy lat 90 – tych dużo większą uwagę poświęcają dzisiaj szkolnym ocenom swoich dzieci a nie lataniu po sklepach z płytami? Cóż, może właśnie dla pokoleniowej zmiany trzeba użyć w przypadku „Emergence” słów takich jak „indie” czy „stoner”, żeby temat był zrozumiały? Choć akurat ciągłe nadużywanie w stosunku do dzisiejszego wizerunku Plum porównań do ekipy Homme’a uważam za kompletną pomyłkę i tą konkluzją żegnam się z szanownym Państwem.  Bądźcie otwarci, wierzcie w lata 90 – te i słuchajcie „Emergence”!!

 

Arek Lerch