PISSED JEANS – Honeys (Sub Pop)

Z sentymentem wspominam czasy, kiedy nazwa Sub Pop wywoływała histerię. Początki grunge’u to jednak tylko mały wycinek zainteresowań tej utytułowanej stajni, która do dzisiaj, choć już bez większego zamieszania, wydaje całkiem przyzwoite a czasami wręcz znakomite płyty. Przykładem tej ostatniej kategorii będzie na pewno najnowszy album szaleńców z Pissed Jeans.

Pissed Jeans rozpoczęli swoją krucjatę dwadzieścia pięć lat po wydaniu „Superfuzz Bigmuff” Mudhoney i „Hairway to Steven” Butthole Surfers. Płyt, które w moim odczuciu dość dokładnie określają to, co znajdziemy na „Honeys”. Brudny, przeraźliwie hałaśliwy, dosłownie ciężki i rozjechany grunge – noise w najlepszej, jedynie sprawiedliwej tradycji złotej epoki  alternatywy. Jako taki, „Honeys” nie ma racji bytu w roku 2013 i choć to już czwarta płyta Amerykanów, uważam, że w jakiś magiczny sposób – może za sprawą totalnego wypięcia się na wszystko, co nowoczesne i postępowe – zespół gra muzykę tak niemodną, jak noszenie kanciastych spodni w drugiej dekadzie XXI wieku. Czyli witamy w sentymentalnym teatrzyku okropieństw dr Lercha.

Pierwszym okropieństwem, nawet w czasach zachłystywania się vintage’owym sposobem realizacji, będzie monstrualne brzmienie, do którego idealnie pasuje określenie „obsrany garaż”. W ten sposób można opisać groteskowo przesterowany bas (cztery struny w „Bathroom Laughter” rozpieprzają…), bębny walące po bebechach niskimi częstotliwościami i zgrzytającą, pełną sprzęgów, brudów i punkowej niechlujności gitarę (wstęp do „Something About Mrs. Johnson” brzmi niczym początek próby pijanych punkowców w 81…). Zespół graPissed, jakby chciał pokazać, że ma wszystkich w dupie i ta postawa wydaje się być całkiem autentyczna. Uwagę zwraca sposób konstruowania utworów, bardzo nerwowy, rozpasany, tak jakby każdy muzykant grał dokładnie sam dla siebie. Jako żywo przypomina to frenetyczne erupcje z pierwszych płyt Mudhoney (kłaniają się tu szczególnie „Romanticize Me” i „Vain In Costume”), choć Pissed Jeans w swoim rozumieniu muzyki bliżsi są noise rocka, szczególnie tego mniej technicznego, stawiającego na nieokiełznany atak dźwiękowej nawałnicy. Utwory są często skonstruowane w sposób liniowy, bez wyraźnego określenia zwrotek i refrenów, co od razu może kojarzyć się z transem, choć poszarpane wjazdy gitary i basu nie hipnotyzują a raczej drażnią. W jak najbardziej pozytywnym słowa tego znaczeniu. Obok bardziej dzikich ataków pojawia się też sporo mroku, przekładanego na monotonne frazy instrumentów („Cafeteria Food”), rzeźbiących we łbie autentyczne rowy. Do tej płyty trzeba przywyknąć, oswoić uszy, by wychwycić całkiem sprawne miejscami operowanie instrumentami. Przede wszystkim jest jednak Pissed Jeans – oczywiście, obok typowo punkowo/łobuzerskiej postawy – bardzo świadomym zespołem, który dokładnie wie, gdzie chce dotrzeć. Zastanawiam się jedynie, czy muzyka ta jest z premedytacją konstruowana w niemodny sposób, czy zespół zupełnie przez przypadek osiągnął taki poziom abstrakcji. Raczej w ostatnią opcję nie wierzę…

Trudno mi jednoznacznie ocenić krążek, bo obiektywne zdystansowanie bije się w moim przypadku z radochą powrotu do przeszłości. Zespół ani na moment nie próbuje wymyślać czegoś nowego, za to zgrabnie niczym łasica porusza się w świecie, który dla młodych adeptów muzycznych gwałtów jest prehistorią. Na całe szczęście, muzyka wcale nie brzmi archaicznie a za sprawą wszechobecnego parcia na analogowe, surowe retro wynalazki ma szansę załapać się nawet na chwilę sławy, czego lekkim syndromem są już chociażby zachwyty, spływające na „Honeys” w metalowym bądź co bądź magazynie Terrorizer. Tym razem Anglicy nie przesadzili.

Arek Lerch