PINKSHINYULTRABLAST – Grandfeathered (Club AC30)

Nazwa długa, skandować na koncertach się nie da, pochodzenie też raczej – w kontekście politycznym – niemodne, parę miesięcy upłynęło od wydania płyty, ale nie wspomnieć o Grandfeathered byłoby grzechem, szczególnie w kontekście ostatnich aberracji niżej podpisanego. Rosyjski Pinkshinyultrablast poustawiał shoegaze’ową konkurencję po kątach nagrywając zapewne najlepszy w tej stylistyce, tegoroczny album.

Wyjaśnijmy sobie od razu parę rzeczy. Nigdy nic do Rosji nie miałem, denerwuje mnie ten ciągły kurs „na zderzenie” realizowany przez Unię (pomijając ruchy samych Rosjan…) i wynikające z tego polityczne podteksty wszystkich akcji związanych z Rosją w ostatnim roku. Nie wiem jak to się skończy, oby dobrze dla Polski jako terytorium buforowego, mam jednak nadzieję, że nie przeszkodzi to rozwijaniu kariery przez takie zespoły jak Pinkshinyultrablast.

Dlaczego? Bo zasługują za uwagę, wypracowali własne brzmienie i potrafią zaintrygować. Dodajemy też do tego obrazu jeszcze jedną uwagę – kwintet od początku niespecjalnie był zainteresowany szukaniem na siłę czegoś oryginalnego, próbą zdystansowania bardziej utytułowanych kolegów. Wręcz odwrotnie – od pierwszych dźwięków nowej płyty w głowie pojawiają się wyraźne, ostro zarysowane klisze – Cocteau Twins, Slowdive, 4AD czy Lush. To główne odnośniki, konkretny drogowskaz i przez całą płytę zespół ani razu nie próbuje zejść z tej drogi. Radość polega na tym, że Rosjanie nie zaliczają czegoś w rodzaju wpadki, jakiejś brzmieniowej czy aranżacyjnej mielizny. Słowo profesjonalizm zawsze jawiło mi się jako mało precyzyjna próba dogodzenia adresatowi, zatem nazwę to inaczej – mieszkańcy Petersburga wskrzesili ducha prawdziwego, tradycyjnego shoegaze z wszystkimi cechami charakterystycznymi. W dodatku grają na luzie, nie czuć kompleksów, nie chcą na siłę być bardziej zachodni niż cały zachód. Z drugiej strony nie powiedziałbym, że jest w muzyce Pinkshinyultrablast jakaś presja na bycie prawdziwym retro – odkryciem. Grają to co lubią i potrafią. I to słychać.Pinkshinyultrablast

W zasadzie tylko pierwszy kawałek – „Initial” jest małą zmyłką za sprawą syntetycznego bitu i stonowanej elektroniki. Potem otwierają się bramy do szugejzowego raju. W jednym zespół nie zna umiaru – w stosowaniu pogłosów i innych efektów, które sprawiają, że muzyka płynie wielkim, psychodelicznym strumieniem, nad którym unosi się rozjechany, melancholijny aż do bólu głos wokalistki. Pierwszym wielkim strzałem jest „I Catch you Napping” –  wszystko drga, rozmazuje się, a dla kontrastu mamy piosenkowe, dynamiczne zwrotki. Kawałek kończy się tak, jak ten zespół lubi najbardziej: w spogłosowanym, rozjechanym szumie. Odjazd totalny. Ważnym elementem jest tu zabawa w brzmieniowe niuanse. Dzięki temu grupa balansuje swoją muzyką, czasami wysuwając na pierwszy plan rockowy pazur („Kiddy Pool Dreams”), to znowu zanurza się w syntetycznym brzmieniu, przykrywając nostalgiczną mgiełką lat 80. – wtedy brzmi niczym klon Cocteau Twins („Comet Marbles”). Bardzo dobrze rozplanowana jest warstwa rytmiczna. Nie wyskakuje przed szereg, ale kiedy trzeba jest mocno zaakcentowana i przepuszczona przez jakieś dziwne efekty. W każdym razie sporo się tu dzieje, zespół odmienia na wszystkie sposoby shoegaze’ową spuściznę („Mölkky” z katedralnymi pogłosami, doskonale zaaranżowany numer tytułowy) a najlepsze jest to, że mimo ewidentnych nawiązań, płyta wcale nie brzmi archaicznie, wręcz przeciwnie, od razu wiadomo, że to zespół działający współcześnie.

Album miesiąca zobowiązuje, choć tym razem muszę się przyznać, że nie opisuję płyty specjalnie oryginalnej, wręcz przeciwnie – bezwstydnie kopiującej stare dobre pomysły. Polecam Pinkshinyultrablast każdemu miłośnikowi rozjechanej, do przesady spogłosowanej i romantycznej odmianie shoegaze. Ivo powinien koniecznie zainteresować się tym zespołem…

Arek Lerch