PETER J. BIRCH – Yearn (Borówka Music/Antena Krzyku)

Ponad 20 lat (czyli praktycznie całe moje życie) mieszkałem w Rynku. Od ponad roku mieszkam w domu na jednym końcu Wołowa. Za mną niedaleko las i pola. W nocy średnio się samemu wraca i w takich porach zawsze jest tu pusto. Myślę, że ten psychodeliczny klimat ma jakiś wpływ na moje kolejne muzyczne działania. Peter J. Birch.

A teraz proszę włączyć sobie nowy album Petera – „Yearn”. Wszystko jasne. Piotrek Brzeziński vel Peter J. Birch i jego nowa, druga płyta, która przynosi dokładnie taki klimat, jaki pojawia się w powyższym opisie spokojnej egzystencji artysty w małym miasteczku Wołów. I w tym miejscu, zamiast bredzenia o tym, jaka fajna jest ta płyta, powinna pojawić się analiza zjawiska zwanego nieutuloną nostalgią. Za spokojem, ciszą, wyzwoleniem z codziennego, ogłupiającego biegu. Za możliwością zapomnienia o tym, że istnieje coś takiego jak telewizor, gdzie politycy opowiadają, jak bardzo chcą nas wydymać (brzydkie słowo jak najbardziej na miejscu) a wychudzeni celebryci marzą o tym, żeby mieć piękną śmierć i żeby ktoś o nich powiedział coś miłego. Zachłanny, zblichtrowany świat, w jakim żyjemy, nijak ma się do tego, co prezentuje sobą, swoimi tekstami i melodiami Piotr. Już sam fakt, że w tym smutnym i dziwacznym kraju udało mu się zaistnieć z akustycznymi, melancholijnymi piosenkami jest zaskoczeniem. Kolejne jest takie, że na drugiej płycie artysta rozwija się jeszcze bardziej, więcej eksperymentuje nie tylko z akustycznymi brzmieniami (które są, oczywiście, podstawą…) ale także z elektroniką i pełnymi, tłustymi aranżacjami. Już wcześniej tak bywało, pojawił się zresztą zespół, który towarzyszy Piotrowi w jego poczynaniach, ale tym razem muzyka brzmi niesamowicie esencjonalnie a przy tym w kilku momentach chwyta za serce i nie chce puścić.Peter 2

W wywiadzie zżymałem się nieco nad faktem, że usiłuje się do muzyki Piotra doprawić łątkę z napisem „niepolska”, bo przecież trzeba się chwalić, że nie tylko metalem kraj nad Wisłą stoi. Dojrzałość „Yearn” objawia się przede wszystkim w równowadze poszczególnych elementów. Nie ma tu przesady, nikt nikogo nie chce zagłuszyć. Instrumenty towarzyszą Piotrowi i jego gitarze dyskretnie, choć kiedy trzeba pojawia się mocniejszy rytm a także momenty głośniejsze, wszystko ma jednak swoją logikę. Na dzień dobry zostajemy ugłaskani piękną, miodziastą pieśnią „Don’t know what to do about myself”, gdzie Piotr dokonuje małej auto – wiwisekcji. Potem jest różnie – czasami przebojowo, zazwyczaj smutno, melancholijnie i momentami nieco podniośle. Muzyka kręci się gdzieś w okolicach alt country, poetyckie pejzaże potrafią skręcić nawet w stronę indie rocka („Home”). Kiedy aranżacja zagęszcza się syntetycznymi dźwiękami Peter zbliża się do dokonań British Sea Power (najlepiej ilustruje to świetny utwór „Darkness Bound”). Miejscami pojawia się nieco połamanych, drum’n’bass’owych rytmów, jednak to tylko smaczki. Dominuje balladowy, prowadzony akustyczną gitarą monolog Piotra, który nawet tymi skromniejszymi środkami potrafi oddać całą paletę emocjonalną. Najważniejsze jest jednak to, że nie ma tu grama pretensjonalności, udziwnień i szukania czegoś na siłę oryginalnego. Przy okazji debiutanckiej płyty When the Sun’s Risin’ Over the Town sypałem porównaniami min. do Cave’a czy duetu Chris&Carla. Dzisiaj już tego nie potrzebuję. Piotr jest po prostu sobą – gościem z gitarą, gdzieś na skraju wołowskiego lasu.

Na koniec jeszcze o sukcesie. Ze swoim pudłem Peter J. Birch zagrał już ponad 300 koncertów. O czym to świadczy? Że można. Że nad Wisłą (i nie tylko…) idea songwritingu ma rację bytu. Że nie trzeba występować na konkursach poezji śpiewanej, by zainteresować zblazowanych słuchaczy swoim przekazem. Cieszmy się, że Peter jest z nas, z naszej ziemi. Że pozostał sobą i udowadnia możliwość życia bez zażywania antydepresantów. Idealna płyta na mgliste, jesienne dni.

Arek Lerch

Zdjęcie: Jarosław Klamka