PANDEMONIUM – Misanthropy (Pagan Rec.)

W naszym, muzycznym światku bardzo często nadużywa się kilku słów. Kultowy, klasyczny… To tylko dwa z nich. Słowa te rzucane na lewo i prawo tracą swoją wartość. Wycierają się jak dżinsy i nie znaczą już prawie nic, choć w pewnych sytuacjach nie sposób jest się bez nich obejść. Wiem, że to truizm, ale gdy myślę o Pandemonium, zawsze nazywam ten zespół kultowym. Jako jedni z niewielu przetrwali na scenie ponad dwie dekady, pozostając wiernymi sobie i muzyce; ciągle grają doskonały metal. Już niedługo ukaże się czwarty album tej formacji. Album perfekcyjny i potężny…


Wstyd się przyznać, ale nie wiem od czego zacząć? Trochę głupio byłoby tak zwyczajnie napisać o świetnym brzmieniu i dopracowanych w najdrobniejszych szczegółach kompozycjach. Czuję się dziwnie bo – szczerze – nie spodziewałem się po Pandemonium płyty aż tak dobrej. Zespół dowodzony przez Paula po prostu mnie zaskoczył i tyle! Jednak z takich zaskoczeń pozostaje się tylko cieszyć. „Misanthropy” to bez wątpienia najlepszy album w karierze tego zespołu. Myślę, że spokojnie można określić płytę jako ukoronowanie ponad dwóch dekad muzycznych poszukiwań. Nie oznacza to, że nagrywając nowy album ekipa spocznie na laurach; myślę, że wręcz przeciwnie – płyta otworzy przed zespołem nowe drogi i stanie się jednocześnie początkiem nowego, wielkiego Pandemonium.

Na początku skupię się na przedstawieniu trzech elementów, które w założeniu miały chyba dodawać płycie smaku a stały się w moim mniemaniu tak ważne, że nie wyobrażam sobie bez nich „Misanthropy” jako skończonej, zamkniętej całości. Po pierwsze jest to genialny, wywołujący przysłowiowe ciary na plecach głos Androniki Skoula znanej szerzej z uczestnictwa w projekcie Chaostar. Sposób w jaki ta pani wydobywa z siebie dźwięki ma niewiele wspólnego z tradycyjnie rozumianym wykorzystaniem kobiecego wokalu spotykanego zazwyczaj w muzyce metalowej. W jej śpiewie jest wszystko, co kryje się w mroku nocy – strach, opętanie i swoiste zaproszenie do przejścia na stronę ciemności. „Misanthropy” oraz „Stones are Eternal” to na dzień dzisiejszy moje ulubione numery. Dobrze się stało, że mimo arcyciekawego efektu jaki dało użycie wokalu Androniki, Paul zdecydował się skorzystać z niego tylko w dwóch numerach, dzięki czemu podkreślił jeszcze bardziej wielowymiarowość i złożoność tego materiału unikając przerostu formy nad treścią. Drugim smaczkiem, podkreślającym wyjątkowy charakter „Misanthropy” są sample oraz intra autorstwa Khorzona (Arkona, Mussgorski). Chwilami dość mocno zalatujące niemal rytualnym ambientem, idealnie pasują do mrocznego, gitarowego grania, jakie prezentuje Pandemonium.

Pisałem o trzech smaczkach, ale mógłbym wymienić ich o wiele więcej. Posłuchajmy, jak śpiewa Paul. Moim zdaniem, na „Misanthropy” udało mu się zarejestrować najlepsze partie wokalne w swojej karierze. Posłuchajmy utworu tytułowego z tekstem w rodzimym języku, w którym Paul próbuje się zmierzyć z trudną sztukę melodeklamacji. Mamy tu czysty wokal a w tle zawodzący Androniki. Efekt jest miażdżący, być może był to tylko eksperyment, ale wypadło świetnie i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś usłyszymy Paula śpiewającego w języku polskim.

„Misanthropy” to płyta rozbudowana, wielowątkowa, aczkolwiek bardzo spójna i przemyślana. Pandemonium gładko przechodzą od industrialnych czy niemal kosmicznych introsów do miażdżących, gitarowych riffów, których nie powstydziłby się nawet wielki Celtic Frost. Jeśli do tego kramu dorzucimy jeszcze orientalny „Only The Dead Will See The End of War” to być może zwątpicie w moje zapewnienia o spójności tego materiału. Jednak „Misanthropy” jest jak doskonała, mroczna powieść złożona z wielu wątków i od pierwszej do ostatniej strony trzymająca pełen napięcia, bardzo wysoki poziom.

Na zakończenie napiszę o kwestii banalnej lecz bardzo ważnej. Brzmienie. Może przesadzam z tym, że jest to banalna kwestia, bowiem gdyby nie ciężka praca w studio i utalentowany realizator za konsoletą, „Misanthropy” byłaby płytą niezrozumiałą. Tymczasem robota jaką wykonała załoga Viriam Art Studio sprawia, że każdy dźwięk zyskał należną mu oprawę. Gdy trzeba, gitary potrafią przypieprzyć prosto i dosadnie a gdy wymaga tego numer rozpływają się w wielowymiarowych konstrukcjach. Produkcja albumu nie ma po prostu słabych stron…

„Misanthropy” mimo tego, że będzie miał premierę w marcu, staje się dla mnie już dziś jednym z głównych kandydatów do płyty roku 2012. Może i za wcześnie by o tym mówić, ale jeśli w tym roku ma nastąpić zapowiadany koniec świata to w styczniu 2013 nie będzie okazji, by stworzyć takie podsumowanie. Subiektywnie i z głębi serca wystawiam najwyższą notę.

Wiesław Czajkowski