ORGANOLEPTIC TRIO – The Rest Is Just Redundant

Jazz w Violence? A czemu by nie? Szczególnie taki jazz, który zamiast usypiać, daje kopa w tyłek, że aż sztuczna szczęka wypada z buzi. Cóż się jednak dziwić, skoro tak znakomici goście tworzą olsztyński zespół. Mamy wreszcie krajowy odpowiednik Denison/Kimball Trio. Tyle, że w przeciwieństwie do ekipy Duane Denisona, nasze trio nie jest wcale duetem…

W zasadzie największym problemem – jeśli można uznać to za problem – jest w przypadku OT lekki dysonans stylistyczny – dla jazzmanów będzie ta muzyka zbyt twarda, rockowa wręcz, zaś dla miłośników klasycznie pojmowanej struktury piosenek nie do strawienia stanie się otwarta, niemal awangardowa formuła muzyki olsztynian. Organoleptic Trio preferuje luźne, mocno improwizowane struktury utworów, gdzie szkieletem jest rewelacyjna gra Wojtka Szymańskiego, który od czasu Kobonga i NYIA poczynił zdumiewające wręcz postępy. Jego gra to synkopowane, free jazzowe szaleństwo, oparte jednak o solidny, lekko transowy fundament, na skutek czego nie można zgubić pulsu tej muzyki. Znakomite opanowanie polirytmicznych niuansów, akcentowanie i niesamowity luz wykonawczy stawiają go w pierwszym szeregu najoryginalniejszych perkusistów tym kraju. Dodatkowo odpowiada on za graficzną oprawę całej płyty.

Byłbym jednak niesprawiedliwy, zapominając o basiście Krystianie Zemanowiczu (ex – Kangaroz, Enej, KOMP) i gitarzyście Sebastianie Bednarczyku (ex – Disharmony), których gra balansuje na granicy jazzu i awangardy, za fundament mając akademickie przygotowanie muzyczne. Razem trzech panów odwiedza skrajne rejony muzyczne;  dziw bierze, że wszystko trzyma się kupy i jest zaskakująco spójne. Muzyka OT rozciąga się między awangardą („Wnik”, „Dragster”) i zabawami fakturą brzmienia. Jednak prawdziwe objawienie zaczyna się w momentach, kiedy zespół porzuca nieco chaotyczne zabawy dysonansem i arytmicznymi poszukiwaniami, wpadając w lekko transowe zapętlenie. Tak dzieje się min. w zajebistym ambiento – transie „Amazonka Nocą”, zniewalającej, motorycznej „Etiudzie”, gdzie gitarzysta zdradza sentyment do fusion z lat 70 – tych, czy niemal „kobong – jazzowym” „Tańcu Kwarków”. Zapiera dech w piersiach niesamowita ilość pomysłów – harmonicznych, rytmicznych, odjechanych, plastycznych i bardzo, bardzo smakowitych. Wyrazistość dźwięków, produkowanych przez zespół jest zniewalająca. Ta muzyka wciąga, porywając w niezwykłą podróż.

Jeśli Tomasz Stańko nabrałby ochoty na nagranie rockowej płyty, zapewne brzmiałaby dokładnie tak jak Organoleptic Trio. Tyle, że zamiast trąbki mamy tu gitarę. Wrażliwość pozostaje na podobnym poziomie. Jedynym drobnym przytykiem, czy też wadą – w kontekście tzw. szerokiego odbiorcy – jest fakt, że muzyka ta do każdego nie trafi. Bałbym się stwierdzić, że to muzyka dla muzyków, nie ukrywam jednak, że trzeba być wyrobionym słuchaczem, by zakochać się w tych utworach. Jeśli nie lubicie tradycyjnego jazzu a jednak chcielibyście zasmakować twardej improwizacji, ta płyta jest dla was.

Arek Lerch