OCTOPUSSY – Octopussy

Spotkałem się z tezą, że polska muzyka to jedno wielkie nadrabianie zapóźnień cywilizacyjnych. Wedle tego twierdzenia, jesteśmy zawsze parę lat za nacjami, które co prawda nie wydały na świat papieża, ale zdążyły przeżuć i wypluć to, czym my tu się zachłystujemy. Ja tam nie wiem, bo się nie znam, ale i tak niecierpliwie czekam na polski odpowiednik Sabbath Assembly, inspirowany sektą Bogdana Kacmajora i muzyką Karin Stanek. Albo na hipsterski shoegaze-black metal łączący klimaty a’la Graveland z pierwszą płytą Myslovitz. W każdym razie – teraz podobno przerabiamy retro-stonery, podczas gdy cały cywilizowany świat wyprał koszule i umył włosy. I podobno takie kapele jak Octopussy na tej fali płyną. I niech im wiatr w żagle duje, bo ich od narodów wytęskniony debiut wysadza z laczków.

W czasach studenckich, kiedy na potęgę mieliłem wszelkie około-stonerowe nowości, wydawało mi się, że takie płyty nagrywają się same – wystarczy pograć pod Black Sabbath i Kyuss i już będzie fajnie. Parę lat później spuchłem, utyłem i posiwiałem (jak Mistrz), a ze mną mój gust muzyczny. Jeżeli coś przygasiło mój zapał do takich nut, to wyjątkowo powszechny wśród młodych kapel pęd ku stylizacji zamiast ku dobrej muzyce. Członkowie zespołu Octopussy są mądrzejsi niż ja wtedy (a może i dziś) i swoją płytę oparlOctopussyi na założeniach najbardziej słusznych z możliwych. Od strony formalnej, kluczem jest tu Clutch, może Alabama Thunderpussy z dawnych lat, może Five Horse Johnson albo największe hity Josha Homme z czasów, kiedy w jego diecie „uppers” dominowały nad „downers” – ale też nie do końca o to chodzi. Słuchając „Octopussy” nie myślę o tych kapelach, nie odganiam natrętnych porównań ani nie załamuję rąk nad przaśnością cebulowej postawy „my już są amerykany”. Za to cieszę się tą płytą jak dziecko. Zachwyca mnie lekkość tego materiału, totalna bezpretensjonalność w graniu, energia i radość , które zawsze powinny być siłą napędową dobrego rock’n’rolla. Z drugiej strony, debiut Oktowaginy to materiał składu doświadczonego i otrzaskanego na scenie, a w przypadku niektórych muzyków także i w studio. Nie ma tu utworów podobnych do siebie, słabszych czy ewidentnie przypadkowych zapychaczy. Hit goni przebój, a takie „Do It Harder” czy „I’m Gonna Follow” brzmią jak cudownie odnalezione sieroty po sesji „Earth Rocker” wspomnianego Clutch. Padam plackiem przed ekspresją i barwą głosu wokalisty (też bym tak chciał), klaszczę w dłonie przy partiach klawiszy, a na chórkach wołam żonę z kuchni, żeby też posłuchała. I raz po raz odpalam „Octopussy” marząc, że też będę „glorious bum” i w ramach sprzeciwu wobec establishmentu nie ogolę się przed wyjściem do pracy.

Kochani, fakty są takie, że „Octopussy” na luzie wytrzymuje porównanie z ostatnimi dokonaniami kapel grających w ekstraklasie takiego stylu. Że niby niemożliwe? Bo debiut, bo z Polski? Posłuchajcie sami, najwyżej popukacie się w czoło, jaki ten Cieślak głupi, ale na pewno nie będzie to czas stracony. Ta płyta jest za dobra, żeby się nie podobać.

 Bartosz Cieślak