OBSCURE SPHINX – Void Mother

Próbowałem ostatnio ogarnąć, kiedy to się wszystko zaczęło… Cały ten szał na każdy materiał, dźwięk i zespół, który przypisuje sobie przedrostek „post”? Czy przyjąć za odnośnik lata 90 – te i eksperymenty Slint i Codeine, a może raczej woltę, jakiej dokonał na „Souls At Zero” Neurosis? Dlaczego zatem dopiero ostatnie lata stały się sceną wysypu miliona kapel, które chcą być klimatyczne, awangardowe i sludge’owe zarazem? Przyznam, że zaczyna mnie to wszystko męczyć i sięgam dzisiaj raczej po sprawdzone marki. A jest nią na pewno warszawski Obscure Sphinx i nowa, druga w dorobku płyta „Void Mother”.

Czy Obscure Sphinx uwolni się kiedykolwiek od porównań z Blindead? Być może nie, jednak, jak zresztą słusznie zauważają w wywiadzie muzycy, teraz już nie oglądają pleców bardziej utytułowanych kolegów a raczej idą z nimi ramię w ramię. Przynajmniej w kontekście muzyki. Warszawiacy postąpili jak wytrawni gracze – niby nie zmienili za bardzo pozycji, w stosunku do wypracowanej na debiucie formuły, jednak w jej ramach dokonali sporych przemeblowań. Pomijam w tym momencie warsztat, bo zespół miał czas okrzepnąć i doszlifować formę podczas licznych koncertów. Wyciągnięte z dotychczasowych działań wnioski pomogły stworzyć materiał zwarty i zaaranżowany z odpowiednim rozmachem. Nadal mamy do czynienia z post metalową formułą, gloryfikującą majestatyczne i przestrzenne pasaże, jednak zespół lekko przesunął środek ciężkości w stronę mrocznego klimatu, stąd też moje skojarzenia ze sceną gotycką. Słuchając niektórych, koronkowo zaaranżowanych i katedralnie rozbuchanych fragmentów płyty, nie mogę opędzić się od porównań z… The Gathering; być może chodzi o niuanse melodyczne a na pewno o głos Wielebnej, która jest na „Void Mother” najjaśniej błyszczącym brylantem. Jej możliwości rozciągają się między okrutnym wrzaskiem, przez zawodzenia aż do czystego, szamańskiego śpiewu. Pod tym kątem płyta zasadza się na dwóch filarach. Pierwszy z nich to genialne duo „Velorio” i jedenastominutowy “Waiting for the Bodies Down the River Floating”. Pierwszy z kawałków, w sumie krótkie interludium, to oparty na gitarowym szkielecie popis Wielebnej, która osiąga wyżyny, gdzieś na przecięciu patosu Jarboe z wynaturzeniem Diamandy Galas, co robi rzeczywiście duże wrażenie, będąc idealnym wstępem do jednego z najlepszych kompozycyjnie fragmentów płyty – „Waiting for…”. To klasyczny przykład zespołowego myślenia o muzyce. Sporo mocnych, rozpiętych na miarowo bijących bębnach riffów, przełamywanych spokojnymi, akustycznymi pasażami. Misternie utkana kompozycja dobrych, gitarowych partii i precyzyjnie dobranych wokali powoduje, że ponad dziesięć minut mija niepostrzeżenie, co jest chyba największą zaletą krążka. Drugi, wspomniany filar to zamykający płytę 15 – minutowy kolos „The Presence of Goddess”. Niby patent podobny do „Waiting…”, jednak rozegrany jeszcze lepiej, jeszcze bardziej symfonicznie (w rozumieniu przestrzeni) i… ze zdecydowanym zakrętem w stronę wspomnianych Holendrów w pięknej, nastrojowej, środkowej części. Pokusiłbym się o użycie słowa progresywny, jednak obawiam się, że zostało ono już zarezerwowane na rzecz Blindead.

Mając stabilny fundament, możemy przyjrzeć się pozostałym fragmentom płyty. Różnorodność jest wielka – od gitarowo – wokalnych chilloutów „Void” (Znowu Jarboe się kłania…) i „Meredith” aż do nawiązań do debiutanckiego albumu w „Nasciturus” czy „Feverish”, w których zespół bawi się zmienną motoryką, sięgając po nieco bardziej metalowe środki, formalnie zagęszczając przestrzeń dusznymi gitarami, miejscami niebezpiecznie obijającymi się o djentowe patenty Meshuggah, jednak – a może na szczęście – bez niepotrzebnej i karkołomnej zabawy z metrum. Ten ostatni element jest dla płyty symptomatyczny – chodzi raczej o to, by muzyka wprawiała w trans, hipnotyzowała a nie mieszała w głowach zbytnią gmatwaniną. Pozorna prostota, rozgrywająca się na poziomie konstrukcji utworów nie dotyczy jednak fakturowania – paleta brzmień, zastosowanych środków wyrazu jest na tyle bogata, że będziemy długo bawić się w odkrywanie wszystkich detali. W tym kontekście płyta to faktycznie wielowymiarowe puzzle, które sami, na własny użytek musimy poskładać. Co będzie o tyle łatwe, że zespół raczej stroni od niestrawnych eksperymentów i nawet w tych trudniejszych fragmentach zachowuje ludzką twarz. Nie mylić z okładkową kukiełką bo to zły trop…

Obscure Sphinx traktować można jako coraz sprawniej działające przedsiębiorstwo (wiem, to niebezpiecznie blisko znienawidzonego przez zespół określenia „rzemiosło”…) albo jako pełną pasji załogę muzycznych wizjonerów. W zasadzie oba określenia mi pasują, bo żeby wszystko miało sens, te światy muszą istnieć obok siebie. Dzięki temu nie ma obawy, że zespół szybko się wypali, choć jednocześnie z bardzo delikatną nutą niepokoju zastanawiam się, co też można zrobić z taką muzyczną formą na trzeciej płycie. Mam nadzieję, że – nawiązując do wstępu – ponownie uda się im mnie zaintrygować…

Arek Lerch