OBSCURE SPHINX – Anaesthetic Inhalation Ritual

Stało się… Po raz kolejny, czy tego chcę, czy nie, rzeczywistość zmusza mnie do zachowań nieracjonalnych, które nie licują z powagą sprawowanej funkcji. Bo przecież wobec muzyki mam być krytyczny, żeby potem obnosić się ze swoim „obiektywizmem” czy „profesjonalizmem”. Niestety, w przypadku debiutu Obscure Sphinx wszystko zawiodło i jestem zmuszony, ale i zażenowany kolokwializmem użytego sformułowania, obwieścić wszem i wobec – ta płyta mnie rozpierdoliła…

Warszawskie Sfinksy to młoda załoga, która od 2008 roku szlifuje  swoje dźwięki, skumulowane na właśnie wydanej, debiutanckiej płycie. Jak sami muzycy przyznają, wszystko ruszyło, kiedy do zespołu dołączyła wokalistka o wdzięcznym pseudo Wielebna. Zresztą, ta ksywka idealnie do niej opasuje, bo poziom szamaństwa i hipnozy w jej głosie jest niepokojąco wysoki.

Krążek składa się z siedmiu kawałków, które łączą post rockowe nastroje z miażdżącym, sludge’owym odjazdem, splatającym dźwięki w transowy walec, który łapie za gardło i nie odpuszcza – coś o tym wiem, bo odkąd usłyszałem materiał, nie mogę się od niego uwolnić.

Nie opuszcza mnie też natrętne skojarzenie z horrorem „Descent”, świetnie obrazującym dźwięki sączące się z płyty. Podobnie jak w filmie, płyta zaczyna się spokojnym intro „AIR”, symbolizującym tytułowe zejście. Zejście do piekła, bo każdy następny kawałek to mistrzostwo kreowania niesamowitego, mrocznego i przerażającego klimatu, nerwowe przemykanie przez kolejne, kamienne i wilgotne komnaty strachu. Już drugi w kolejności „Nastiez” wprowadza w zatęchły klimat, inkrustowany dusznymi riffami, a kiedy w „Eternity” rusza miażdżąca sekcja z przesterowanym basem, jestem kupiony, sponiewierany i szczęśliwy jak masochista, który właśnie zaliczył piękny strzał w pysk.

Każda minuta tej płyty to szczytowanie, jednak na potrzeby czytelnika podkreślę dwuczęściową, sludge’ową suitę „Bleed In Me”, z szczególnym naciskiem na część drugą, kończącą się miarowym, niszczącym szare komórki pochodem, który nie pozostawi nikogo obojętnym. Tego trzeba posłuchać i nawet jeśli trąci to tanią agitacją, w tym momencie nie mogę inaczej.

Płyta jest niesamowicie dopracowana, bo choć taka muzyka może prowokować do nieco luźniejszego potraktowania dźwięków, na „AIR” wszystko zapięte jest na ostatni guzik. Warto zwrócić uwagę na grę poszczególnych instrumentalistów, bo koronkowa praca i precyzja, z jaką splatają się wszystkie dźwięki to już najwyższa półka. Podobnie muszę skomplementować brzmienie, bo nie ma nic gorszego niż zduszenie takich dźwięków płaską produkcją; w tym przypadku stworzona na potrzeby muzyki, katedralna przestrzeń jeszcze bardziej uwypukla niemal progresywne niuanse aranżacyjne. Rozpocząłem od zachwytów możliwościami wokalistki i na tym zakończę – rozpiętość głosu jest imponująca – raz brzmi jak przestraszona dziewczynka, a chwilę później niczym krwiożercza harpia morduje całym tabunem demonów, wylewających się z gardła. Taki frontman (ka…) to skarb i bez niej nawet najlepsza muzyka straciłaby rację bytu.

Cóż, Neurosis, z racji odległości, nie muszą się czuć zagrożeni, Cough czy inny Unearthly Trance podobnie, jednak krajowi potentaci muzyki z przedrostkiem „post”, czyli Blindead powinni bacznie oglądać się za siebie, bo chyba czują już gorący oddech na plecach. Ok., żartuję, bo w tak słabo na razie zagospodarowanej niszy obydwa zespoły znajdą dla siebie miejsce. Na dzień dzisiejszy, choć to może zabrzmieć jak bluźnierstwo, częściej wracam do „AIR” niż do „Affliction”…

Arek Lerch