NOTHING – Tired of Tomorrow (Relapse)

Paradoks drugiej płyty Nothing polega na tym, że muzykanci nie wymyślili ani jednej, nowej nuty, nie wykorzystali choćby jednego, rewolucyjnego pomysłu, za to zerżnęli najbardziej klasyczne patenty shoegaze’owych lat 80. i wygrali przy tym złoty tron. Okazuje się, że w tym wszechobecnym zgiełku, prostolinijna dusza Amerykanów, którzy niespecjalnie przejmują się tym, czy są oryginalni czy nie, stała się kluczem do sukcesu, a płycie Tired of Tomorrow powinni przyjrzeć się uważnie liderzy Placebo czy innego koldpleja. I wyciągnąć stosowne wnioski… 

Wszyscy oczywiście namiętnie śledzą życie muzyków, a w szczególności Domenica, głównie poza salami koncertowymi. Ilość dziwnych wydarzeń może faktycznie zastanawiać. A to narkotyki, to środki przeciwbólowe (lub ich notoryczny brak…), nadużywanie alkoholu, narkotykowe zjazdy, pobicia, szpitale, odsiadka z art. o usiłowanie zabójstwa. Na nudę panowie nie mogą narzekać, a bardziej od depresji boją się, że stracą możliwość grania muzyki (wenę?), która ponoć staje się ich remedium na smutki i przypadłości życiowe. Wydaje mi się, że w tym zgiełku – oczywiście, z marketingowego punktu widzenia nader pożądanym – ginie trochę muzyka i przypadkowi słuchacze mogą poczuć się dziwnie, słuchając tych ładnych, lekko zamglonych a przede wszystkim bardzo melodyjnych piosenek. Sam się na to załapałem. O ile pierwsza płyta Guilty of Everything stała się w jakimś sensie objawieniem, bo pojawiła się w momencie, kiedy shoegazing zaczynał podnosić łeb, o tyle „Tired of Tomorrow” w pierwszym kontakcie mnie lekko zaskoczył. Tu się nic nie dzieje! – pomyślałem załamany. Pusto, nawet nie ma gitarowego zgiełku, pogłosów, brudu. Jakieś to zapięte pod samą szyję. Oczywiście, debiut także skupiał się raczej na tych bardziej wyrazistych elementach shoegaze’owej rewolucji i omijał skrzętnie wszelkiego typu brudy, pogłosy i rozjechaną psychodelię, tak bardzo charakterystyczną dla sporej części gitarowego odłamu tego nurtu. „Tired of Tomorrow” idzie jednak o krok dalej, bezwstydnie flirtując z piosenką. Dosłowną. Przez moment nie mogłem się przekonać do takiego oblicza Nothing, w końcu jednak zaskoczyło. Najpierw przemówił otwierający płytę, nieco majestatyczny, lepiący się do ciała natrętną melodią „Fever Queen” a potem już poszło…Nothing band

Jeśli przyjąć taki kierunek ewolucji muzyki Nothing za świadome działanie Domenica i kolegów, trzeba pochylić głowę przed ich talentem (albo determinacją…). Walcząc ze swoimi demonami, grupa spętała je w kilkuminutowych, pogodnych (pierwsze słowo-kuriozum…), choć i pełnych melancholii piosenkach. W pierwszej kolejności uderza dosłowna prostota nowych kompozycji. Zero udziwnień, brak prób komplikowania aranżacji. Banalne, choć wyraziste rytmy, przestrzenne płaszczyzny gitarowe, niewyszukane podkłady klawiszowe, delikatny, „zamglony” wokal. Smutek, ale jakże smakowity. Faktycznie, kojarzy się to trochę z dokonaniami gigantów indie, tyle, że Nothing ze swoim poobijanym przez życie ryjem ma większe prawo wyśpiewywać smutek i łagodzić traumy wkręcającymi się w mózg melodiami. Pierwsza połowa płyty, ze wspomnianym już openerem, przez równie lepki „The Dead are Dumb”, i dynamiczny „Vertigo Flowers” z sugestywnym tekstem (warto poczytać liryki, bo są niezłym, psychicznym „zrzutem”…) to prawdziwy sztos. Radiowe, łażące za mną pieśni, które będą hitami każdego koncertu. I tu konstatacja – trzeba mieć kurewski łeb, żeby takie powerplayery wymyślać. Bez kręcenia, bez wysiłku, lekko, zwinnie i z jajem. Po raz kolejny okazuje się, że najprostsze rozwiązania są najlepsze i w tej kategorii nieskomplikowani mentalnie mieszkańcy Ameryki Północnej są mistrzami. No i wreszcie „Ninteen Ninety Heaven” – ten mechaniczny, powtarzany upierdliwie rytm, zwiewna, gitarowa mgiełka i „umierający” wokal sugerują jedno – Nothing oddaje hołd klasycznej formule shoegaze’ingu, przekładając typowe, oszczędne aranże z lat 80. na współczesny, rockowy kanon. W drugiej części płyty jest więcej akustyki i wreszcie wielki finał w postaci „Our Plague” i wałka tytułowego, ubranego głównie w pianinko i głos. Lepszego zamknięcia nie trzeba, choć gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się myśl, że gdyby ten końcowy odjazd wzbogacić sugerującymi ostateczne rozwiązanie, gitarowymi sprzęgami i hałasem, mogłoby być ciekawiej.

Nothing spłatał wszystkim psikusa – zamiast popełnić samobójstwo albo przynajmniej się rozpaść, muzykanci nagrali płytę, o której marzą zapewne uzbrojone w managerów, dużą promocję i grubą kasę gwiazdy alternatywy. W wykonaniu ekipy Domenica wydaje się to być banalnie proste. I waśnie dlatego jest… cholernie trudne, ocierające się w zasadzie o przypadek. I może o ten złośliwie ślepy los cała sprawa się rozbija?

Arek Lerch