NOTHING – Guilty of Everything (Relapse)

Zespół Nothing… Fakty są takie – kwartet pochodzi z Filadelfii, ma na koncie singiel, ep – kę i wydaną właśnie staraniem Relaspe, debiutancką płytę. Informacji o grupie zbyt dużo nie znajdziecie, ot, kilka zdjęć, dwa – trzy zdania i lekko facebookowa aktywność. Tym bardziej intryguje fakt wydania płyty przez potentata, mającego na koncie gwiazdy metalu, grindu i mocniejszej alternatywy. Po odpaleniu krążka oczy robią się jeszcze większe.

Kiedy zapuściłem sobie „Guilty of Everything”, w pierwszym odruchu jeszcze raz dokładnie sprawdziłem wydawcę. Może to inny Relapse?! Nie, ten sam. O co chodzi?! Okazuje się, że potentat ekstremy wypuścił klasyczny krążek nurtu shoegaze. W zasadzie i dokładnie wszystko się zgadza. Smutni chłopaczkowie na fotach (ok., pałker się cieszy, ale to już taka norma u fizycznych, że są głupkami…), na okładce płyty biała flaga – symbol kapitulacji no i tytuł: „winny wszystkiego”. Bardziej zdefiniować się już nie mogli.

Jest to jednocześnie przykład, że miejsce i czas w jakim odbywa się dane wydarzenie mają niebagatelne znaczenie. Bo dzisiaj płytę ”GNothinguilty of Everything” przyjmuję z niekłamanym entuzjazmem. Być może wynika to z faktu, że wiele lat temu fascynował mnie wczesny The Jesus And Mary Chain (tak, jestem stary…) i załapałem się na „Loveless” My Bloody Valentine. Bo ci właśnie wykonawcy są słyszalni niemal w każdej minucie omawianej tu płyty.

Manieryczność tej muzyki jest niemal symboliczna. Kiedy słucham kawałków z „Guilty…”, mam wrażenie, że jej twórcy są całkowicie obrażeni na świat, wylewają za pomocą dźwięków cały smutek, wyciskają porami skóry depresję a piją co najwyżej lekkie wino, zanurzeni w własnej melancholii. Jasne, trudno traktować takie dźwięki jako wprawkę do porannego joggingu, jednak przy odrobinie szczęścia można się w niej zakochać. A może trzeba po prostu też mieć depresję. Od wspomnianych gdzieś wyżej twórców, Nothing trochę się jednak odróżnia, może chodzi o to, że pochodzą z Ameryki i ta specyficzna prężność daje o sobie znać? W każdym razie muzyka jest czystsza niż „Psychocandy” i bardziej zdecydowana niż „Loveless”. Jasne, w wielu miejscach zalega ta zwiewna, psychodeliczna mgiełka, otulająca poszczególne utwory, jednak tematy są lepiej zarysowane, prostsze i bardziej wyraziste. Na resorach mocnej rytmiki i gryzących, piaszczystych przesterów położone są za to spogłosowane, senne wokale, które – o dziwo – posiadają wyrazistą melodykę. Miejscami przypomina to trochę White Lies, szczególnie, kiedy zespół zaczyna grać bardziej żwawo. Ogólnie jednak dominuje mocno „przyćpana” atmosfera, hipnotyzująca aura niemocy, jaką zespół skutecznie wokół siebie roztacza. Nie wyróżniam żadnego utworu, bo całość tej w sumie krótkiej (39 min) płyty zlewa się w jeden wielki, psychodeliczny sen.

Nothing nie czyni w światowej muzyce alternatywnej wyłomu, ba, zdaje się każdym elementem swojej debiutanckiej płyty podkreślać fakt przynależności do konkretnego nurtu. Widać, dobrze się tam czuje a i ja nie widzę problemu, tym bardziej, że ta dekada to w zasadzie ciągłe wykręcanie karku do tyłu i bezustanne badanie dorobku lat 80 – tych i 90 – tych. I raczej nie da się tego zignorować.

Arek Lerch