NAPALM DEATH – Utilitarian (Century Media)

Po „Smear Campaign” oraz „Time Waits for No Slave”, dwóch bardzo solidnych, lecz dość wtórnych albumach, Angole uderzają czternastą płytą, jeśli nie liczyć „Leaders Not Followers: Part 2”. „Utilitarian” to jedno z najważniejszych nagrań w długiej i nieprawdopodobnej karierze Napalm Death. To jak początek nowego życia. Trudno uwierzyć, że po ponad dwudziestu latach ciągłego nagrywania i koncertowania, można jeszcze tworzyć z taką świeżością i pasją. Jestem pewien, że album zajmie wysokie miejsca w podsumowaniach roku 2012. Embury, Greenway, Harris i Herrera raz jeszcze wzbili się na szczyt swoich możliwości.

 

Każda z szesnastu nowych kompozycji ma swoją historię. Intro stanowi „Circumspect”, który potężnym industrialno – sludge’owym riffem otwiera zawody. Zaraz potem furią i prędkością F-16 uderza „Errors in the Signals”, który zamyka gęby tym, którzy mogliby pomyśleć, że zespół zdziadział. Bezpośredni, grindcore’owy atak niszczy, jak najlepsze numery z „Utopia Banished” czy „Enemy of the Music Business”. Nie ma wątpliwości, że Napalm Death jest w bardzo dobrej formie. Trzeci w kolejce „Everyday Pox” to eksplozja połamanej rytmiki i blastów, a gościnny saksofon Johna Zorna (legendy sceny awangardowej…) potęguje atmosferę szaleństwa. To jeden z najbardziej odważnych i udanych kawałków w całej dyskografii kapeli. Zresztą, to nie pierwszy romans Zorna z Anglikami. W swoim czasie nagrywał grind – jazzowe płyty z ich wieloletnim perkusistą Mickiem Harrisem pod szyldem Painkiller.

Kolejny na liście to wściekły i brutalny „Protection Racket”, który nie daje chwili wytchnienia. Zespół uderza naddźwiękową prędkością. Zaraz potem kolejny murowany hit „The Wolf I Feed”, w którym Mitch Harris wypluwa z gardła toksyczny jad. Dodatkową niespodzianką są czyste wokale Barneya w refrenie. Nie jest to jeszcze kalifornijski punk, ale szczypta melodii osładzająca bezlitosne tsunami dźwięków. Numer zdecydowanie należy do najjaśniejszych momentów albumu. Pierwszy mocno wpadający w ucho riff, który może przypominać numery z „Inside the Torn Apart”, pojawia się w „Quarantined”. Kawałek ma potencjał, by wejść do kanonu ND. Zresztą zespół gra go już na żywo od jakiegoś czasu, więc fani mogli się z nim osłuchać.

Najdłuższy na płycie, lecz wciąż nie przekraczający czterech minut, „Fall on Their Swords” to bardziej stonowany, pełen niepokojących wokali, cios. Trzy kolejne „Collision Course”, „Orders of Magnitude” i „Think Tank Trails” to stary, znany i lubiany, kipiący adrenaliną i złością Napalm na najwyższych obrotach. Jest w nich wszystko, za co ich uwielbiamy. „Blank Look About Face” przynosi rytmikę i linie wokalne inne od napalmowej sztampy. Co ciekawe, nie pojawia się żaden blastbeat, choć numer nie należy do sentymentalnych ballad. Potem odpowiednim gniewem i zwierzęcością uderza „Leper Colony”. Ekspresowy „Nom De Guerre”, który jest jak „Lucid Fairytale” AD 2012, to kwintesencja gatunku, sama istota grindcore’a.

Solidny, lecz nie przebojowy „Analysis Paralysis”, krótki i blastujący „Opposites Repellent” oraz poszarpany „A Gag Reflex”, stanowią mocny akcent na koniec, pozostawiając wrażenie zamkniętej i niezwykle dopracowanej całości, której nic nie brakuje.

Czterdzieści pięć minut, które stanowią „Utilitarian”, robi z słuchaczem to, co bombowiec zrzucający napalm z nieszczęśnikami na ziemi. Kwartet z Birmingham nie idzie na żaden kompromis, nie bierze jeńców, nie zwalnia tempa. Trwa anty – establishmentowa krucjata, w której orężem jest niezłomna postawa i żelazna wola. Napalm Death twardo stąpa do przodu, zostawiając konkurencję w tyle.

 

Adam Drzewucki