MUCHY – Karma Market (Universal)

Muchy to taki zespół – niewiadoma. Ciągle się zmieniają, ciągle są niby w centrum uwagi, ale w zasadzie obok wszystkiego. Trudno jednoznacznie określić muzykę, bo wyświechtany „rock” jest mało precyzyjny a termin „indie” zostanie pewnie odebrany jako pójście na łatwiznę. Swoją czwartą płytą Muchy potwierdzają na pewno, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych, bo choć wcale nie musieli się zmieniać, po raz kolejny podjęli ryzyko. Czy się opłaciło – jak najbardziej, bo dostaliśmy dzieło kompletne, które pozostawia przyjemny niedosyt zamiast zmęczenia.

„Chcecicospowiedziec” wydawała się płytą, która zdefiniowała styl zespołu, okazuje się jednak, że jak to muchy, w jednym miejscu banda nie wytrzymała zbyt długo. Po pierwsze, zmienił się a w zasadzie rozszerzył skład i z tym wiązały się moje, delikatne obawy. W grupie pojawił się Krzysztof „Zalef” Zalewski, szerzej znany jako zwycięzca budzącego swego czasu duże zainteresowanie, głupawego programu Idol, co generowało pytania o tożsamość zespołu. O dziwo, Zalewski świetnie wpisał się w ekipę Michała Wiraszko, choć pewnie dopiero za jakiś czas przekonamy się, czy to chwilowa współpraca, czy coś więcej; póki co, zespół podpisał się płytą, która trochę musiała dojrzeć (we łbie niżej podpisanego…) i dzisiaj okazuje się być najlepszym dziełem Much.

Przede wszystkim – miło łechcący niedosyt. Zamiast ładowania zbędnych minut, sama esencja. Muzyka przelatuje szybciutko i człowiek się dziwi  – to już?! Jednocześnie mam wrażenie, że zespół zagrał dokładnie to, co chciał, pozbawiając płytę zbędnych ozdobników, wstępów czy tak mnie denerwującego, niechętnego żegnania ze słuchaczem. „Karma Market” kończy się znienacka, bez wielkiego finału, po prostu. To przecież zwykłe, nafaszerowane melodiami piosenki – uświadamiamy sobie. Dopiero po jakimś czasie dociera do świadomości kolejne zdziwienie – zróżnicowanie materiału. Każdy kawałek jakby z innej parafii, każdy inaczej zaaranżowany, inaczej wykorzystujący instrumentalny potencjał, słychać, że grupa miała koncepcję i z żelazną konsekwencją ją realizowała. Na pewno jest to efekt nowoczesnego myślenia o współczesnej alternatywie. Zero opcji „ściana gitar plus sekcja”. Dużo zabaw z elektroniką, dużo latającej dynamiki, przesuwania płaszczyzn instrumentalnych i świadome, odważne wykorzystanie syntetyków.Muchy band

Krążek startuje twardym, hałaśliwym „Odkąd”, który monstrualnym riffem zapowiada rockowe oblicze, zespół jednak okrutnie bawi się ze słuchaczem, bo już następny w kolejce „Tak jak dziś” zaskakuje synthpopowymi inklinacjami i świetnym, natrętnym tematem zagranym na klawiszach, pokusiłbym się o użycie słowa „przebój”, ale pewnie kogoś może to urazić. Na pewno nie ma się co wstydzić przymiotnika „taneczny”. Indie rockowy, motoryczny „Nic się nie stało” porywa do pląsów, podobnie zresztą jak nafaszerowany klawiszami „Bliżej”. Jest ciut wyciszenia (akustyczny „Queen of a Day”), rasowa, z dobrze skonstruowaną dramaturgią ballada „Biały walc”. Na osobne laurki zasługuje na wskroś brytyjski „A place” z całą plejadą wyspiarskich skojarzeń, wymienianie których pozwolę sobie odpuścić. Pozostajemy w chmurnym, angielskim klimacie, bo „Between the lines” natrętnie kojarzy mi się z Editors, próbującymi zagrać bluesa. Rewelacyjny, hipnotyzujący numer. Płytę zamyka waits’owski „Idą święta” i faktycznie, miękka praca sekcji jakoś ze śniegiem mi się skojarzyła. I to już koniec?! No, to jeszcze raz…

Radzę, szanowny słuchaczu, dać tej płycie trochę czasu, bo jest jak cukierek, stopniowo rozpływa się, ujawniając kolejne harmonie, ukryte gdzieś w tle pomysły i melodykę, która czai się w każdym z utworów, powoli mota wrażliwość, uzależnia od siebie i dziwi. Dziwi, bo to przecież zwyczajne piosenki, takie, do lubienia których nie chcemy się przyznać. Pozornie banalne, zagrane może nawet lekko od niechcenia, ale z pełną premedytacją. Ani jednego, niepotrzebnego dźwięku. Ani grama mocniejszego rocka, czy krajowej siermięgi. Chylę czoła.

Arek Lerch

Zdjęcie: Monika Motor