MORD’A’STIGMATA – Antimatter (Sun&Moon Rec.)

Zaiste symboliczne znaczenie ma wydawca drugiej płyty M’A’S. Faktycznie, nawiedzony hałas załogi z Bochni idealnie pasuje do ulokowanego w rumuńskiej Transylwanii labela.  Świadczy to też o intelektualnym poziomie krajowych decydentów,  nadal  uparcie szukających muzyki, którą wszyscy już słyszeli.

Troszkę sobie materiał na dwójkę Mord’A’Stigmata poczekał. Spowodowane to było zapewne kłopotami wytwórni Lilith Prod., która pierwotnie miała wydać „Antimatter”. Niestety, polskie realia są, jakie są, na szczęście poza granicami katolandu nie brakuje szaleńców, gotowych dla dobrej muzyki sprzedać własną duszę.

Już debiutancki krążek portretował M’A’S jako zespół nietuzinkowy, ciągle poszukujący nie tyle własnej tożsamości co elementów, które pokręcone dusze muzyków najlepiej wyrażą w sensie dźwiękowym. To, że wybrali ekstremalny metal nie dziwi, jednak, kiedy zechcemy nieco dokładniej przyjrzeć się muzycznym poszukiwaniom, nie wszystko jest aż tak oczywiste. Nowa płyta jeszcze bardziej ów obraz gmatwa. Oczywiście, w pierwszej konfrontacji dominuje przekonanie, że ekstremalny metal to nadal chleb powszedni dla M’A’S. Wszechobecne blasty nadają wyraźny, death/black metalowy sznyt muzyce. Zwłaszcza twarda produkcja może takie wrażenie pogłębić. Im dłużej jednak obcujemy z „Antimatter’, tym więcej możemy M'A'Smieć wątpliwości.

Przede wszystkim ze względu na kunszt gitarzystów. W zasadzie próżno szukać tu klasycznie rozumianego podziału na partie rytmiczne, riffy czy solówki. Wszystko zlewa się w jeden, wielki, gitarowy jazgot, złożony z postrzępionych zagrywek, dysonansów i trudnych do ogarnięcia melodyjek. Jasne, w „The Magnum Opus Solis” czy „Antimatter” zapętlone biegniki w zestawieniu z wolniejszym mieleniem jako żywo kojarzą się z stylistyką Immolation. To jednak tylko jeden z tropów, bo wspomniany utwór tytułowy, w ciągu siedmiu minut ma do zaproponowania całe mnóstwo pomysłów – od blastów, przez budzące dreszcze wyciszenia aż po prawie kabaretowy werbel i gitarową awangardę. Podobnie dzieje się w „Metatron and the Waters”, a szczyty w puentowaniu szaleństwa zawarte zostały w „Theophagii” (wokalne szamaństwo powala na kolana…) i blisko ośmiominutowym „…It Writes the Names of Ghosts”, gdzie sample (dzieło popularnego tu i ówdzie Nihila) stapiają się z upiorną muzyką, współtworząc narrację, prowadzoną od hałasu po medytację i niemalże progresywne pomysły aranżacyjne.

I na koniec mój faworyt – „Eternity Is Pregnant”. Nie sadzicie, że to jeden z lepszych tytułów dla metalowego kawałka? Znakomity i pobudzający wyobraźnię… Sama muzyka to jeden wielki rytuał (czy Wam też przychodzi na myśl szkoła Jasona Mendoncy?!), prowadzący w otchłań, mrok, serwujący niemal narkotyczny odjazd, graniczący z ekstazą.

Mord’A’Stigmata dzięki swojej nowej płycie staje w jednym rzędzie z krajowymi tuzami nieszablonowego hałasowania – Morowe, Furia czy Non Opus Dei. Podobnie jak wspomniane zespoły będzie wzbudzać kontrowersje za sprawą grafiki, okultystycznych (a może mistycznych?) tekstów i muzyki, która w ostatecznym rozrachunku wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. To na pewno metalowa płyta, ale jest to też metal dla otwartych jednostek, dla ludzi szukających czegoś nowego, może nawet dziwnego. Osobiście, lekko znużony death/black metalowymi produkcjami ostatniego roku, zdecydowanie żywo zareagowałem dopiero na „Antimatter”. Jest w tej muzyce coś niezdrowego, przykuwającego uwagę. Jakieś wewnętrzne rozchwianie, oportunizm i fobie, które przekute na dźwięki dręczą niczym nocne zmory, ściskają gardło i  prowadzą do choroby. Sam, po nocnym seansie z „Antimatter” obudziłem się jakiś obolały i nie mogłem sobie znaleźć miejsca. I pewnie o to w tej bajce chodzi…

Arek Lerch