MIDDAY VEIL – The Current (Translinguistic Other Records)

Midday Veil potwierdza teorię, że w muzyce zdarzyć się może jeszcze bardzo dużo i bajanie o tym, że doszła do ściany jest bez sensu. Choć – żeby być szczerym – prochu Amerykanie nie wymyślili, za to z niesamowitym znawstwem połączyli postapokaliptyczną grozę, ambient, industrial i nową falę, osiągając intrygującą, wielopłaszczyznową mieszankę, która wymaga sporego zaangażowania słuchającego, w zamian oferując niesamowity trip przez makowe pola. Od razu ostrzegam – łatwo nie będzie.

Formacja ze Seattle to typowy, „nerdowski” projekt. W składzie znalazło się miejsce dla śpiewającej pani, jest okularnik z długą brodą a każdy z muzyków prezentuje cokolwiek oryginalne zainteresowania. Wokalistka Emily Pothast pretenduje w moim mniemaniu do miana nowej Jarboe. Zakochany jest syntezatorach analogowych David Golighty studiował kompozycję i muzykę elektroniczną w Niemczech. Z kolei multiinstrumentalista Timm Mason jest miłośnikiem muzyki konkretnej, Bliskiego Wschodu i ma obsesję na punkcie syntezatorów modularnych. Do tego dochodzi dwóch gości od perkusjonaliów, basista i osoba producenta w postaci Randalla Dunna (Sun O))). W takiej kompaniji musi dojść do absolutnie artystycznej fermentacji.Midday

Wystarczy rzut oka na zdjęcia zespołu, żeby zorientować się, że to banda freaków, którzy nie myślą raczej o muzyce w tradycyjny, komercyjny sposób. Tworzywo dźwiękowe jest dla nich swego rodzaju przepustką do odmiennych stanów świadomości i myślę, że wysłuchanie „The Current” pod wpływem różnych, nielegalnych substancji dostarczyłoby innych zgoła doznań; niestety, poprawność polityczna nie pozwala mi spróbować takiej interpretacji drugiej płyty zespołu, dlatego zupełnie na trzeźwo – choć nadal subiektywnie – snuję swoje rozważania.

Na „The Current” łączy się nowofalowe zimno (klawisze w „The Current” brzmią, jakby zostały chamsko zerżnięte z „In This Light on This Evening”) z niemal jarre’ową przestrzenią („Choreia”), wpuszczonymi w okrutny, bezimienny, ambientowy świat („Remember Child”). Zaskakującym elementem jest śpiew Emily, który w zestawieniu z niektórymi fragmentami płyty powoduje, że porównania biegną do wczesnego SWANS. Przede wszystkim jednak zespół bawi się możliwościami instrumentów elektronicznych, improwizując niemal całe pokłady dziwnych, raz mocno ilustracyjnych to znowu lekko industrialnych dźwięków, rozciągając w dowolny sposób przestrzeń. Pozostałe instrumenty, w tym i sekcja, spełniają zdecydowanie służebną rolę, stanowiąc delikatne tło kompozycji, dbając raczej o transowy charakter nagrań. Powolny, chrzęszczący marsz syntezatorów na początku dziwi a potem bez reszty wciąga, czego sam doświadczyłem. Nie jest to łatwa muzyka, mam wrażenie, że z oporami oddaje kolejne pokłady brzmieniowego dobra, jednak każdy, kto wgryzie się w te dźwięki, zostanie nagrodzony. Zespół żegna się 11 – minutowym opusem „Great Cold of the Night”, będącym brawurowym popisem możliwości tego składu. Zalecam kilkukrotne podejście i uważne wysłuchanie tego, co dzieje się na drugim planie.

Post rockowy Jarre w shoegaze’owych szatach wcielił się w Midday Veil i czaruje słuchacza, choć jednocześnie mam wrażenie, że te kompozycje są jednak szkicami, które dopiero na koncertach będą rozkwitać. Co nie zmienia faktu, że to jedna z płyt, które w ostatnich czasach zdecydowanie mnie zaczarowały. Halucynogenna rzecz. Leary byłby kontent.

Arek Lerch