MERKABAH – Moloch (Instant Classic)

Są takie chwile, kiedy czuję się debilem. Np. w momencie, kiedy pierwszy raz usłyszałem płytę „Moloch”. Drugi, duży album stołecznej formacji Merkabah prowadzi po raz kolejny przez labirynt dźwięków, które rozciągają się od pancernych, noise’owych uderzeń, przez techniczne łamańce aż do eksperymentalnego jazzu. Jest to jednocześnie muzyka bardzo wymagająca, balansująca między matematyką i improwizacją, przeglądająca się w zwierciadle o nazwie „Weather”.

Postanowiłem poeksperymentować i spisać swoje wrażenia na żywo, po jednej sesji twarzą twarz z „Molochem”. Bez analizowania, rozbierania muzyki na czynniki pierwsze. Do czego zresztą te dźwięki wręcz prowokują – swoją złożonością i harmoniczno – rytmicznym rozpasaniem. Figa z makiem, pomyślałem sobie, zapominając o rzetelności, obiektywizmie i innych tego typu bzdetach…

Przede wszystkim – plątanina brzmień. Pozornie bezładne, podążające w sobie tylko znanych kierunkach, splatające się w dziwnych momentach dźwięki przytłaczają. Nie jest to miłe wrażenie, bardziej drażniące. Coś w stylu przywitania rodzinnego, kiedy wszyscy mówią na raz i komunikaty zlewają się w jeden, wielki chaos. Tu jest podobnie. W zasadzie każdego taktu należałoby słuchać kilka razy, żeby ze spokojem podążać śladem muzyków. No i ten zadziorny saksofon, który dzierży tu palmę pierwszeństwa, zachowując się niczym jurny frontman. Nadaje ton muzyce i dyryguje akcją utworów. Na szczęście, kiedy już ochłoniemy, idzie znacznie łatwiej, bo już gdzieś w okolicy trzeciego numeru „Hilasterion cont.” zaczynamy odczuwać ten specyficzny, merkabahowy puls, szamański trans, który stanowi o sile „Molocha”. Wydawać by się mogło, że instrumentalna muzyka, musi być albo szalenie skomplikowana, albo… nudna. W tym wypadku sprawę załatwia saksofonista, który, niczym Warren Ellis instrumentów dętych, swoją paletę zamyka między folkowymi melodiami, jazzową synkopą a kakofonicznym noise, przy którym gitarzyści związani z Amphetamine Reptile Recods brzmią niczym harcerze brzdąkający na niestrojących akustykach. Możliwości tego instrumentu zdają się być nieograniczone i to właśnie on decyduje o charakterze muzyki. Odnoszę też wrażenie, że tym razem zespół z dużo większą ochotą bawi się harmoniami i tworzeniem zrównoważonego szkieletu, dlatego nietrudno znaleźć na płycie większą niż dotychczas przestrzeń, łatwiej wgryźć się w niuanse melodyczne. Oczywiście, jeśli lubimy taką gwałtowną i na wpół improwizowaną stylistykę. Na „Molochu” zespół ujawnia także swoje skłonności do głębokiej zabawy dźwiękiem, sadowiąc się tuż obok eksperymentalnych składów Zorna (porównanie mało przypadkowe…). Oczywiście, to płyta maksymalnie współczesna – masywna, ciężka, kontrolowana, przez co surowe brzmienie nie kojarzy się nawet przez moment z przypadkiem. Każdy dźwięk, nawet jeśli brzmi niczym improwizacja, jest dokładnie osadzony na szkielecie rytmicznym. Rytm to kolejny, bardzo ważny element krążka. Czasami mocno zwichrowany, to znowu wpadający w hipnotyczne pętle. Dokładny, precyzyjnie odmierzający kolejne takty, to znowu wpadający w ekstatyczne szaleństwo. Najważniejszą cechą „Molocha” jest ruch. Coś jak synonim miasta, potężnego, nieruchawego, jednak w bliższym kontakcie drgającego, zmieniającego z sekundy na sekundę swoją konsystencję. Wciągającego w swoje trzewia. Kiedy płyta się skończyła, odruchowo zerknąłem na zegarek. Nie, nie minęły dwa dni w innej czasoprzestrzeni, jedynie 51 minut…Merkabah Band

Dziwnie się poczułem. Coś między wytrąceniem z równowagi a jednocześnie jakimś silnym przekonaniem, że właśnie tak miało być. Znajome dźwięki a jednak coś nowego, nieuchwytnego. Niepokój? Spełnienie? A może chęć na kolejny seans? Już wiem, kiedy ostatnio tak się czułem – w 2006 roku, zaraz po lekturze drugiej płyty Neuma…

Arek Lerch