MERKABAH – A Lament for the Lamb (Assonance Records)

Merkabah to  idealny zespół dla wszelkiej maści agencji reklamowych.  Bo co za trudność w napisaniu takiego sloganu promującego płytę: „Jeśli lubicie Neuma, tęsknicie za Kostas New Progrram i macie w swojej płytotece krążki Organoleptic Trio czy Ketha, szukajcie „A Lament for the Lamb!”. Nawet ja bym coś takiego wymyślił…

 

 

Merkabah istnieje gdzieś od 2007 roku jednak dopiero teraz raczy nas pełno-wymiarową płytą. Może i dobrze, bo przez ten czas muzyka kwintetu okrzepła, stając się niezwykle śmiercionośną siłą. Na wpół improwizowany, instrumentalny chaos, jaki serwuje nam zespół, może zadowolić tylko nielicznych, co czyni z warszawiaków grupę skrajnie niekomercyjną. Ciągnące się minutami połączenie szalejącego saksofonu z gitarową kakofonią odstraszy przypadkowych maruderów, co w sumie cieszy, stawiając zespół w znamienitym gronie wykonawców, których pozwoliłem sobie wymienić we wstępie.

Nie będę w tym miejscu dywagował, ile w muzyce Merkabah jest improwizacji a ile matematycznego konkretu, bo o tym opowie (mam nadzieję…) w wywiadzie sam zespół. Ważne, że poza mistrzowskim opanowaniem swoich instrumentów potrafią przemycić w dźwiękach coś więcej: nutkę światła, otchłań, chaos w ujęciu filozoficznym? Nie wiem, jednak rozpiętość inspiracji (od Zorna do noise rock z lat 90 – tych) imponuje mi i trzyma za gardło z okrutną siłą. Słychać, że muzycy dokładnie przegryźli się przez muzykę współczesną (awangardowy wstęp do „Divine Times”), wiedzą czym jest trans („The Occultation”) i – co ciekawe – bardzo płynnie przechodzą w ambientujące, elektroniczne wyciszenia („Tetrahedron”). Wszystko to zlewa się w mocno narkotycznych lotach (najdłuższy kawałek przekracza 10 minut…) – prawdziwy, pancerny jazz grany na dużym kwasie. Niebanalne znaczenie w tym wszystkim ma fajne brzmienie, które z surowego, analogowego sposobu rejestracji wyciąga sam konkret – słychać, że to ręka mistrza przygotowała oprawę dźwiękową i nie jest ona bynajmniej wynikiem oszczędności w budżecie.

„A Lament for the Lamb” wpisuje się w bardzo ciekawe, choć skrajnie niedocenianie środowisko noise’owych awangardzistów, którzy dawno już wzięli rozbrat z muzyką rozumianą li tylko jako czysta rozrywka. Wprawdzie do kameralnych sal, gdzie grana jest muzyka współczesna (konkretna?) dla „frakowego” towarzystwa jeszcze daleko, jednak myślę, że w końcu te środowiska gdzieś tam się ze sobą zetkną. I aż się boję pomyśleć, co w takim zderzeniu mogłoby powstać?! Aha, w sumie to wiem – muzyka dla garstki szaleńców, grana przez szaleńców. Dla reszty pozostająca wielkim, piekącym znakiem zapytania. Co jednocześnie gwarantuje jej nadal – w co święcie wierzę – status twórczości kultowej.

 

Arek Lerch