MASTER’S HAMMER – Vagus Vetus (Jihosound Records)

W styczniu 1987 roku zapadła na najwyższych szczeblach ludowej władzy wiekopomna decyzja o przeznaczeniu do odstrzału dewizowego 40 polskich Żubrów. W lutym tego samego roku po raz pierwszy w kraju nad Wisłą pokazał swój recital zespół pieśni i tańca Metallica. W kwietniu natomiast doszło do wydarzenia nie mniej ważnego czyli pierwszej scenicznej deprawacji młodych dziewcząt i chłopców jaką odważył się uczynić kolektyw muzyczny Modern Talking. Wydarzenia te z pewnością zapisały się na kartach historii naszego kraju złotymi zgłoskami. Tymczasem u naszych południowych sąsiadów, gdzieś pomiędzy polityczno-dziejową zawieruchą a zwykłym dla Czechów luzem zawiązał się sojusz artystycznych person, który miał zaowocować jednym z ciekawszych, metalowych projektów jakie zrodziła matka ziemia. Mowa tu oczywiście o wielkim (choć trochę niedocenianym) Master’s Hammer. Dziś, gdy od premiery „The Ritual Murder” minęło już, bagatela, 27 lat, zespół wydaje kolejny, szósty, duży album. „Vegus Vetus” to doskonały przykład tego iż w muzyce można osiągnąć wiele przy minimum formy…

„Vagus Vetus” to blisko godzinna wycieczka do świata muzycznych osobliwości. Proste, subtelne granie jakie uprawia ten band może rodzić pewnego rodzaju pretensje o brak umiejętności czy może nawet bardziej o to iż skład zatrzymał się gdzieś w połowie muzycznych lat 80-tych i właściwie na każdym kolejnym materiale podaje słuchaczom danie praktycznie to samo, ale w lekko tylko podgrzanej postaci. Mówiąc zupełnie poważnie – pieprzę to. Nowy opus Master’s Hammer to płyta znakomita.

Od początku słychać, iż jest to album odrobinę różniący się od „Vracejte konve na misto” – nieco szybszy, bardziej dosadny a być może nawet trochę bardziej black-thrashowy, ale są to różnice bardzo subtelne, które uwydatniają się dopiero przy dłuższym kontakcie z „Vagus Vetus”. A płyta należy do ginącego już gatunku tych, które niczym wino potrzebują czasu by dojrzeć. Zapalmy czarne świece, wygodnie rozsiądźmy się w fotelu. Na kolanach czarny kot a w ręku kieliszek czerwonego wina. Z parapetu łypie szczerbata ludzka czaszka, to idealne warunki w jakich należy zatapiać się w świecie Master’s Hammer. Krótkie intro i ruszamy do tańca z upiorami. Black metal w wykonaniu czeskich epigonów gatnuku jest muzyką cholernie plastyczną, właściwie słuchając tej płyty czuję się jakbym uczestniczył w jakimś mrożącym krew w żyłach misterium. Wraz z winem, które leniwie rozpływa się w krwiobiegu zaczyna w nim krążyć też muzyka. Pisałem wyżej, że nowe dzieło Master’s Hammer to przykład na to, że muzyka nie musi być przeładowana formą. Czasem tak jak w przypadku tego zacnego ansamblu wystarczy wręcz hołubiony przez Czechów swoisty minimalizm. Motoryczne i bardzo melodyjne riffy przemawiają do mnie po stokroć bardziej niż rozpisane na trzech kartkach A4 techniczne łamańce. W tej muzyce ważna jest wisielcza atmosfera, ważny jest każdy gitarowy akord i bardzo ważna jest spinająca wszystkie elementy melodia, która sprawia, że nawet wiszący pod sufitem, zdawałoby się już zimny i siny trup rusza do szalonego tańca na sznurze.Master's Hammer Band

Kolejny łyk wina i zatapiamy się coraz głębiej w historię, którą pospołu opowiadają muzyka i słowa. Po intro następuje bardzo żywy i dynamiczny „Xmz”, ostro dudniące bębny i agresywnie tnące gitary wyznaczają puls tego utworu a delikatnie płynące w tle, subtelne klawisze nadają pozornie prostej metalowej piosence głębi. Kolejny numer czyli „Panuska” otwiera spokojna gitarowo-klawiszowa harmonia, która po chwili przeradza się w charakterystyczną dla tego albumu ostrą grę gitar i bardzo mocno bijącą perkusję. Dwa pierwsze numery to ledwie wprowadzenie, swoista uwertura to tego, co zdarzy się dalej. A będzie działo się naprawdę wiele. Dławić nas będzie bardzo dynamiczny i duszny klimatem „Chrchel”, czarować esencjonalna „Receptura”, nieść dziwaczną wizją pełną wybornych wokali i rytualnej rytmiki „Spacirka” i porażać strachem melodyjno-epicki „Na Kanibalskych Jatkach”. Wraz z każdym kolejnym numerem atmosfera zagęszcza się coraz bardziej. Trup ściele się gęsto a upiory tańczą na grobach. Przedstawienie kończy się wraz z doskonałym „Pod Vrstvou Prachu” i wieńczącym dzieło „Nengemengelengem”. Czarownica kopniakiem wylewa zawartość kociołka do ogniska, ostatnie dźwięki nikną gdzieś w ciemności…

„Vagus Vetus” to płyta z innej epoki. Album przesiąknięty klimatem black metalu z końca lat 80-tych, grania prostego, ale pełnego atmosfery i emocji. Płyta ta to idealny wręcz kandydat na soundtrack do niemego filmu grozy… Ostatni łyk wina żegna mnie ze światem Master’s Hammer i nie wiedzieć czemu ludzka czaszka z parapetu zamiast w okno gapi się w moją stronę…

Wiesław Czajkowski