MASSEMORD – The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope (Pagan Rec.)

Okazuje się, że głupkiem można zostać na własne życzenie. Pisząc recenzję singla “Notes of Antihate Profound” katowiczan, zasugerowałem, że to zwiastun nowej płyty. Już po pierwszych dźwiękach „The Madness…” zrozumiałem, że nic nie jest oczywiste a najlepszym słowem opisującym nowe dzieło – album – singiel – nie wiadomo co, jest „zaskoczenie”. Niby banalne, ale trudno zrozumieć, czym kierują się muzycy MasseMord, kiedy chwytają za swoje instrumenty. I bez podtekstów mi tu!!

Chłopaki mają zapewne niezły ubaw, gmatwając ludziom w głowach. Najpierw wydają singiel, gdzie pokazują swoje dość tradycyjne, choć bardzo intrygujące oblicze. Mamią słuchaczy wizją nieszablonowego blackmetalu, kuszą, by zaraz potem przywalić pełnowymiarowym – w sensie czysto matematycznym – dziełem, które z jednej strony zwolenników im nie przysporzy a z drugiej pokazuje, że mimo różnych projektów i ciągłej pracy jeszcze nie „wyprztykali” się z zaskakujących pomysłów.

„The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope” to jedna, 35 – minutowa kompozycja, która odstaje lata świetlne od dotychczasowych propozycji zespołu. Przy tej płycie, dwa lata młodsza „The Whore of Hate” jest tradycyjnym do bólu black metalem. Zaś używanie takiegoż terminu w stosunku do „The Madness…” jest wielce ryzykowne, choć słuchając krążka od razu można wyczuć podobną wibrację. Najbardziej do swoich korzeni zespół zbliża się w 19 minucie, kiedy zapodaje dość toporny, trwający coś koło 10 sekund blast. Reszta to potwornie ciężki sludge – doom – black metalowy walec, napędzany transową pracą sekcji rytmicznej, wybijającej przez cały niemal czas jeden, ociężały bit. Słuchanie tej płyty może doprowadzić do szaleństwa. A także do wniosku, że w tym szaleństwie jest metoda. Najlepszym sposobem, by zrozumieć muzykę MasseMord jest kilkakrotne przebrnięcie przez ten materiał. Bolesne doświadczenie, ale wielce inspirujące, bo po każdym przesłuchaniu z mroków piekielnych czeluści zaczynają się wyłaniać zręby konceptu, organizującego płytę. Z pozornie monotonnych fraz powoli kształtują się ciekawe motywy, coraz więcej pomysłów, dźwięków plastycznych i  intrygujących. Począwszy od takich olśnień jak krótka, nieoczekiwana pauza w 22 min i 24 sekundzie – cisza przerwana ciężkim uderzeniem w werbel wyrywa z letargu. Albo zagrywki gitarowe w 26 minucie, niemal post rockowy klimat i pojawiające się tu i ówdzie sample, które nasączają toporny odjazd nutką psychodelii. To wszystko poutykane jest w różnych miejscach płyty, pojawia się w najmniej oczekiwanych momentach i wprawia w coraz większe osłupienie aptekarską precyzją dawkowania i kunsztem, z jakim zostało zaplanowane.

Produkcją płyty w studiu o jakże adekwatnej nazwie Czyściec zajął się Nihil i po raz kolejny trzeba się mu pokłonić, bo nadał muzyce surowy, głęboki, ale też i wieloplanowy charakter. Dzięki zwartej, nieco dusznej atmosferze krążka, poszczególne pomysły, gitarowe współbrzmienia odkrywa się stopniowo, obraz, jaki przygotował zespół z czerni powoli zapełnia się innymi odcieniami. Przyznam, że dopiero po czwartym czy piątym podejściu mogłem powiedzieć, że dotarła do mnie ta muzyka, zniewoliła i zauroczyła. To jest niewątpliwie trudna miłość, od lekkiego oporu i dezorientacji aż do fascynacji. Nie wnikam w to, czy grupa mną manipuluje, celowo sprawdzając granice wytrzymałości, czy też coraz bardziej odchodzi w rejon półmroku. Hipnotyczny charakter powtarzanych do znudzenia motywów, niecodzienny mariaż sludge metalu z black’owym, wokalnym terrorem i namacalną wręcz atmosferą dekadencji i zimna, stawia MasseMord w gronie najciekawszych, polskich artystów. Trudno w tym miejscu nie dojść do wniosku, że zespół stworzył własną odmianę metalu i wszelkie porównania do klasyki gatunku mijają się z celem.

Po znakomitych płytach Furii i Morowe z pewnym niepokojem czekałem na odpowiedź MasseMord. Doczekałem się. Nie mam wątpliwości. Jestem na tak. Jestem w piekle. Piekle własnego umysłu, uwięziony przez “The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope”. Czas na dobrego psychiatrę. Albo egzorcystę…

Arek Lerch