LOCRIAN – Return To Annihilation (Relapse)

Masochistyczna skłonność człowieka do zadawania sobie psychicznych tortur zwana gdzie indziej poszerzaniem świadomości, znalazła na różnych płaszczyznach twórczości artystycznej swoich zagorzałych zwolenników. Od czasu, kiedy startował George A. Romero a słuchacze bali się płyt Alien Sex Fiend, bardzo dużo się zmieniło; twórcy doprowadzili do perfekcji sposoby straszenia, wywoływania obrzydzenia czy konsternacji. Jak na czasy ostateczne przystało, także muzyka, otrząsnąwszy się wreszcie z pokładów lukrowanej szmiry na okładkach, ma w powyższym temacie sporo do zaoferowania. Na dzień dzisiejszy Gnaw Their Tongues, dotychczas bez konkurencji, został zdetronizowany. Sprawcą jest chicagowski Locrian.

Rzadko kiedy okładka płyty jest tak bardzo wiernym odbiciem muzyki. Patrząc na obrazek „Return to Annihilation” wiedziałem, że sesja z nowym dziełem założonego w 2005 roku zespołu będzie przeżyciem niebanalnym. Skojarzenia z filmową „Drogą” Cormaca McCarthy są nieuniknione, o ile jednak obraz, okraszony także dźwiękami chwytającymi za różne części ciała, przedstawiał świat, który dopiero trawiony był przez apokaliptyczną katastrofę, o tyle Locrian podejmuje wątek, prowadząc nas jeszcze głębiej w czeluście strachu, rozpaczy i psychicznych tortur. Zapinamy pasy i bierzemy głęboki oddech…

Definicyjnie rzecz ujmując, muzyka tego niezwykłego zespołu brzmi jak połączenie katedralnego patosu SWANS z wynaturzeniem późnego Lustmord i Gnaw Their Tongues. Zespół czerpiąc z tych rozwiązań, zderza ze sobą podobne wątki, tworząc miksturę niesamowicie przejmującą, straszną i absolutnie psychotyczną. Grupa spowija muzykę cLocrianałą masą ambientowej mgły, w której, niczym upiorny lunatyk, błądzą nieco bardziej organiczne dźwięki składające się z gitarowych i perkusyjnych paroksyzmów. Do tej płyty trzeba mieć czas i cierpliwość, inaczej nici z efektu – przykładowo „A Visitation from the Wrath of Heaven” czy „Obsolete Elegies” to odpowiednio 8 i 15 – minutowe dawki drone, które dopiero w finale krystalizują się w zgrzytliwe pochody instrumentów. Mieszanina delikatniejszych smagnięć ambientu, szumów, ilustracyjnych zgrzytów z hałasem totalnym na początku odpycha, drażni a potem już nie można się oderwać. Zespół sięga po rozwiązania z płyt noise rockowych, wykorzystując ową antyestetykę do budowania nie tyle ściany dźwięku, co atonalnych i wybitnie drażniących struktur. W szczytowych momentach album kojarzy się z patosem Giry („Return to Annihilation”), w najbardziej ekstremalnych dostajemy czystej wody hałas bez jakichkolwiek muzycznych aspiracji („Panorama of Mirrors”), choć jednocześnie wszystko jest tu dokładnie zaplanowane, tak by wywoływać dosłowne przerażenie. Dodatkowym elementem, wywołującym grymas są partie wokalne a w zasadzie przeraźliwe wrzaski, wplecione gdzieniegdzie w tło utworów. To muzyka zimna w swojej abstrakcji, będąca w zasadzie ilustracją do naszych strachów, urzeczywistnionym, nocnym koszmarem. Powyższe słowa wcale nie zachęcają do sięgnięcia po ten album, bo też i jest to faktycznie eksperyment dokonywany za pomocą instrumentów na naszym umyśle.

Locrian nie próbuje wmówić nam, że jest projektem artystycznym, to raczej swego rodzaju terapia, rytualny spektakl, podczas którego musimy zmierzyć się z własnymi demonami, jednak jest to jednocześnie niesamowicie hipnotyzujący zestaw dźwięków. I w takim rozumieniu mamy do czynienia z dziełem skończonym i dogłębnie skutecznym. Locrian, podobnie jak wymienieni wyżej apostołowie hałasu, odziera muzykę z lukru melodii i przyjaznych aranżacji, pozostawiając zimny koszmar. W swojej klasie – doskonały.

Arek Lerch