LIBERTEER – Better to Die on Your Feet Than Live on Your Knees (Relapse)

W historii świata muzyka odgrywała wiele różnych ról. Była adorowana na dworach średniowiecznych, była oprawą kościelnych misteriów, zaś jakiś sprytny gość wymyślił, że może – w odpowiedniej aranżacji – zagrzewać do walki. Pamiętamy biednych werblistów, co to w bitwach często – gęsto padali pod gradem ciosów czy kul, sam nie wiem, bo na wojny nie chodziłem. Myślałem za to, że takie zastosowanie muza ma już za sobą. Aż tu nagle dotarła do mnie płyta dowodzonego przez Matta Widenera (Cretin, County Medical Examiners) projektu Liberteer, zawierająca dźwięki, które nawet z takiego zapyziałego konformisty jak ja uczyniła rewolucjonistę! A więc – wolność dla wszystkich i śmierć na stojąco a nie nędzna egzystencja na kolanach! Bierzmy szable (hmmm…) w dłoń i idziemy rozwalać śmierdzący kapitalizm!!!

W zasadzie do dzisiaj nie wiem, czy mam do czynienia z polityczno – socjalnym, rewolucyjnym manifestem, czy muzyką sensu stricto? Czasami wydaje mi się, że tekst, owa buntownicza żarliwość podana w marszowym rytmie jest tu najważniejsza. I co najśmieszniejsze – w połączeniu z punkiem i blastami porywa niczym najlepszy, charyzmatyczny przywódca.

Co jest zatem tym tajemniczym eliksirem? Otóż Matt do typowych struktur grind/punk wtłoczył tematy rodem z filmów lat 80 – tych, marszowe werble, trąbki i mandoliny. Te momenty łączą się swobodnie z grind core’ową nawałnicą, stanowiąc znakomite przerywniki, co i rusz wywołujące uśmiech na twarzy. Wyrachowany ten Matt – wie, że adrenalina wywołana agresywną, „zblastowaną” nawalanką, w połączeniu z błogością, jaką dają te wszystkie wesołe, melodie i rytmy staje się mieszaniną działającą niczym zastrzyk z piorunującej dawki testosteronu. Wstaję i idę na barykady!

Równie ważna  – o ile nie ważniejsza – jest warstwa liryczna. Nie będę się rozwodził, bo znajdziecie obok wywiad ze sprawcą zmieszania, który wyjaśnia obszernie swoją raczej mało grzeczną postawę wobec współczesnego świata. W sumie, nie dziwię się, że swoje anarchistyczne manifesty nagrał w studio sam, bo trudno byłoby znaleźć równie opętanych ludzi.

Wracając do muzyki – Matt wykombinował też jeszcze jeden śmieszny patent – mianowicie przez większość kawałków przewija się ten sam, charakterystyczny motyw gitarowy. Sami zwrócicie na to uwagę, bo za każdym razem, kiedy słyszę ten „capstrzykowy” temat, mam ochotę rzucać koktajlami Mołotowa. Skoro przy riffach jesteśmy – paradoksalnie, udało się Matt’owi wymyślić utwory oparte o bardzo fajne, melodyjne i wpadające w ucho kompozycje, które w żadnym wypadku nie są hałasem dla samego hałasu. To wszystko ma sens i rację bytu. Trudno także wyłowić z płyty jakieś poszczególne tematy, bo całość pomyślana i zagrana jest jako jeden, długi kawałek, podzielony jedynie wspomnianymi symfoniczno – filmowymi wtrętami. A że pieśni są krótkie, nawet nie zorientujecie się, jak tych 17 rozpędzonych protest – songów przewinie się przez wasze receptory słuchowe.

Była już kiedyś płyta, która polityczne manifesty połączyła z muzyką zaskakująco oryginalną  – myślę tu o „Intellectuals Are the Shoeshine Boys of the Ruling Elite” Killdozer. Liberteer – nawet jeśli zostanie tylko jednorazowym wybrykiem Matta – działa w podobnej tonacji – łączy mądre słowa z muzyką, zaskakującą, momentami śmieszną, momentami podniosłą a zawsze walącą po jajach wściekłą, punkową zajadłością, zagraną grind core’owym wygarem. W dzisiejszych czasach stworzenie dzieła, które zostaje w pamięci i chce się do niego wracać jest sztuką niemal nieosiągalną. Liberteer taki właśnie jest i choć do końca nie należy traktować tej płyty jako dzieła czysto muzycznego, z pełną premedytacją wyróżniam zespół z tłumu podskakujących, wydziarganych szaleńców, chcących usilnie zwrócić – mimo wszystko – naszą uwagę.

 

Arek Lerch