KVELERTAK – Meir (Roadrunner)

Po wielkim boomie neo – rockowej rewolucji zrobiło sie troszkę niemrawo. Największe sukcesy Turbonegro powoli stają się zamierzchłą przeszłością, ojcowie zmetalizowanego rock’n’rolla Entombed piją gdzieś po kątach a nowi, jak to nowi – są, ale daleko im jeszcze do szczytu. I w tym miejscu, zupełnie znienacka pojawia się „Meir”, druga płyta Kvelertaka. Rozrywkowa banda Norwegów udowodniła, że w temacie dość zgranym i oczywistym można zabrzmieć intrygująco, przebojowo i korzennie. I to za jednym uderzeniem. Zanim posłuchacie płyty, możecie przekonać się o ich sile już 26 marca na koncercie w Hydrozagadce.

 

Trudno wymyślić proch, kiedy wokół króluje elektronika i wirtual. Lepiej postawić na prostotę i zaskakujące mezalianse. Do takich wniosków doszedłem po lekturze „Meir”. Płyty, która zawiera elementy oczywiste ułożone w nieoczywisty sposób. Bo czy normalne jest, że rock’n’rollowy band nagrywa kawałki trwające osiem minut? Albo że po korzennym, rockowym i przebojowym „Spring Fra Livet” zaatakuje zimnym jak norweski wiatr black metalem „Trepan”? Takich „nie – oczywistości” jest tu więcej a wszystko układa się w jedną z ciekawszych, muzycznych podróży, skropionych alkoholem, szaleńczym tempem i rasowym hałasem. Czyli tak, jak na niezgorszym balecie, do którego zespół przyznaje się w wywiadzie.

Ostatnio rzadko zdarza się, by rockowa płyta tak miło mnie zaskoczyła. Bo utrzymanie napięcia przez 50 minut to nie lada sztuka. Kvelertak wyszedł z tego obronną ręką za sprawą pozornie prostych rozwiązań. Rasowe, bardzo groovy napieranie do przodu w duchu Entombed  przyprawia co i rusz z wprawą paranoiczneKvelertakgo kucharza. Przez użycie języka norweskiego, szorstkiego w podobny do rodaków pani Merkel sposób, muzyka nabiera niespodziewanej twardości, żeby nie powiedzieć agresji. Ciekawie robi się też, kiedy za sprawą nagłych zakrętów w stronę norweskiego black metalu, pozornie ciepła, rockowa młócka, nagle pokrywa się szronem i roztacza zdecydowanie mroczny klimat. W innym miejscu, ni stąd ni zowąd, wyskakują im radiowe hiciory – najlepszy będzie „Bruane Brenn” z zaraźliwym motywem gitarowym, tuż po nim plasuje się hymn „Kvelertak”, utrzymany w manierze AC/DC. Te kawałki nie zejdą z koncertowych playlist zespołu bardzo długo. Jednak największym zaskoczeniem są kończące płytę trzy kolosy, które pokazują, że inspiracje Kvelertak sięgają daleko poza beztroskie napieranie na dwóch akordach. „Nekrokosmos”, „Undertro” i w szczególności ośmiominutowy „Trodenbrak” to przykłady sztuki na najwyższym poziomie, która nie tracąc niż ze swojego rockowego zadziora, sięga daleko poza lekko rozrywkowy image zespołu. Szczególnie „Undertro” posiada zdecydowanie odmienny od całej stawki klimat i nietypowe jak na Kvelertak harmonie gitarowe, zaś ostatni z wymienionych kawałków prowadzi nas prosto w objęcia lat 70 – tych, bez utraty typowego dla Norwegów drajwu. Te wszystkie poszukiwania, urozmaicenia i dłubanie w aranżach idą w absolutnej zgodzie z podstawowym aspektem, czyli totalną, hałaśliwą jak sto norweskich diabłów lutą, która powoduje, że w zasadzie nie ma znaczenia, czy słuchamy wściekłego „Manelyst” czy któregoś z bardziej epickich fragmentów płyty. Wszystko jedzie, warczy, huczy i sprawia prawdziwą przyjemność. Tym większą, że „Meir”, oprócz ewidentnych walorów koncertowych zdradza dużo szersze aspiracje grupy. Nic, tylko słuchać i się bawić. Głośno.

Kvelertak pokazał, że nadal z tradycyjnego rock’n’rolla, zrobionego w dodatku nieco „po norwesku” (nie mylić z „rybką”, czyli po polsku…) można coś wyciągnąć. Fakt, długo tak się nie da i już na kolejnej płycie musi zaproponować coś ciekawego, jednak na razie nie mam zamiaru się takimi szczegółami przejmować i z zapamiętaniem macham łbem, od czasu do czasu zerkając na świetną, choć i mocno dla tego artysty charakterystyczną okładkę autorstwa Johna Baizley’a.

Arek Lerch