KILLING JOKE – Pylon (Spinefarm)

Zauważyłem, że w stosunku do wielkich zespołów tego świata – które gdzieś po drodze stały się wielkimi mojego własnego światka – mam poniekąd zaniżone oczekiwania. Czasy wywoływania huraganów i trzęsień ziemi minęły tak dawno, że dziś wystarcza mi, jeśli nowy album byłych rewolucjonistów jest przyzwoity. Przeważnie już niczego więcej się nie spodziewam. Obserwuję, jak palce wyklepują na klawiaturze duperele o „powrocie do formy” i zastanawiam się, czy za pół roku w ogóle będę o tej płycie pamiętać. Przezornie duszę więc klawisz „Delete”. Gdzieś z tyłu głowy tłucze się myśl, że mój aktualny entuzjazm do „Pylon” może okazać się nieadekwatny  i krótkotrwały, ale jeśli mam być szczery wobec siebie przynajmniej dziś, to od wielu dni ta płyta rośnie mi w uszach.

Pozostając na chwilę w butach adwokata diabła muszę przyznać, że na korzyść Killing Joke działa dziś praktycznie wszystko. Są jednym z niewielu postpunkowych zespołów z lat 80., które przetrwały, tworzą i z powodzeniem radzą sobie w XXI wieku. Nie muszą się specjalnie przemęczać promocją, bo przy tym statusie pewien stały poziom zainteresowania  nakręci się sam. Podziały subkulturowe się pozacierały, więc z powodzeniem mogą występować dla fanów alternatywy, festiwalach zahaczających o „główny nurt” i dla metalowców. Wreszcie, wydany trzy lata temu „MMXII” był jednym z najsłabszych albumów w ich dorobku, więc nowy mógł być tylko lepszy. I rzeczywiście, pięćdziesięcioletnie pączki w maśle nagrały płytę, która równa klimatem do Absolute Dissent, przy czym kawałków lepszych niż gorszych jest tym razem jakby więcej. Swobodnie i lekko brzmią zarówno bardziej metalowe „Dawn of the Hive” i „I Am The Virus”, jak i popowo lepkie „Euphoria” i „Big Buzz”, przywołujące rzekomo wstydliwe epizody Killing Joke z „Night Time” i „Brighter Than A Thousand Suns”. Jest bezpiecznie, jest spokojnie.  KILLINGJOKE_2

…ale to nie wszystko, co oferuje „Pylon”. Być może wywołam teraz wielkiego Manitou Grześka Kszczotka, ale zaryzykuję – otóż z całym bagażem lepszych czy gorszych płyt, takiego czy innego brzmienia i kariery na wielu odcinkach wyboistej, jest Killing Joke zespołem – uwaga – magicznym. Tak naprawdę bardzo niewiele jest w historii rocka kapel prawdziwie szamańskich, których słuchamy z poczuciem, że tworzą je ludzie nawiedzeni, żyjący w swoim świecie. Niby ich muzykę da się opisać za pomocą standardowego zestawu pojęć, ale pozostaje jakiś niedefiniowalny i niepodrabialny pierwiastek szaleństwa i marzycielstwa. Z postpunkowych równolatków Killing Joke zachowali go bodaj tylko New Model Army, na podobnej orbicie od lat krąży Neurosis, reszta pozuje w muzeum albo śmiga na pasku Babilonu.  Dlatego „Pylon” to mogą być fajne i świetne numery, ale chodzi o to, że Jaz Coleman chyba naprawdę żyje tym swoim końcem czasów, przebiegunowaniem, Iluminatami i Reptilianami podgryzającymi fundamenty wież WTC. Jestem w stanie wyobrazić sobie, że przy każdej większej łunie na niebie myśli sobie, że „tak, to już, nareszcie, a nie mówiłem skurwysyny!”, po czym zwołuje zespół do studia. Cząstkę tego ześwirowania od lat udaje się zarejestrować na płytach Killing Joke. Jakie by nie były, lepsze czy gorsze, niosą bagaż emocji i wizji coraz trudniejszych do odnalezienia w zramolałym rock’n’rollu.

Jak to u mnie będzie z „Pylonem” za rok czy dwa – nie wiem. Jeśli Coleman ma rację, to nie będzie niczego, więc co za różnica. Jeśli nie – pewnie raz na parę tygodni przypomnę sobie o takiej naprawdę fajnej płycie zespołu, który wielki bywał na innych swoich dokonaniach, ale wciąż trzyma się dzielnie. Pod prąd światu, który jak wiadomo, kończy się od zawsze i nigdy nie przestanie.

Bartosz Cieślak