KETHA –  2nd Sight (Instant Classic)

Rozpoczynamy nowy rok bombastycznie i z przytupem. Nowa, druga płyta Kethy to przykład, w jaki sposób w dzisiejszych, wyeksploatowanych czasach nadal tworzyć muzykę, która fascynuje swoim oderwaniem od wszelkich kanonów, mód i scen. To muzyka totalna w swojej autonomiczności, trudna i wymagająca. Dlatego uważam, że album „2nd Sight” długo będzie czekał na godnego przeciwnika, że o następcy nie wspomnę. No chyba, że z grobu wstanie Kobong, co w ¼ jest już niemożliwe, zatem – niech żyje Ketha!


Jak napisałem we wstępie, nie ma sensu poszukiwać ciepłej szufladki dla Kethy, chyba, że jesteście Włóczykijami i lubicie podróże bez końca. Ketha na drugiej płycie jeszcze bardziej odeszła od muzycznej dosłowności, zarówno w temacie kompozycji jak i aranżacji. Trzeba się zatem nieźle natrudzić, by zrozumieć ideę przyświecającą „2nd…”. A w zasadzie nie zrozumieć a zamknąć oczy i dać się ponieść dźwiękom.

„2nd Sight” to pomost przerzucony pomiędzy psychodelicznym rockiem a matematycznym metalem. Te płaszczyzny dość swobodnie przenikają się, powodując początkowo wrażenie chaosu, potem totalnego rozjazdu, by na koniec olśnić wybranych konstatacją, że „tak ma być”, cokolwiek to może znaczyć. Zespół posuwa się w swoich niedomówieniach jeszcze dalej, dzieląc zasadnicze utwory swoistymi interludiami – miniaturkami, które rozciągają się pomiędzy mrocznym chaosem („Generik”), psychodelicznym chilloutem („Take 2”) a tanecznym jazz metalem na wesoło („Take 1”). Te fragmenty już po kilku przesłuchaniach stają się oczywiste, brzmiąc jak niezobowiązujące zabawy muzyków podczas próby, pomiędzy wykonywanymi, właściwymi kawałkami. A jeśli o tych ostatnich mowa, to sprawa robi się poważna. Może narażę się poszukiwaczom oryginalnych metafor, ale nadal słyszę tutaj duchowe powinowactwo z ekipą Kobonga. „Blackpool” zwiastuje zakończenie mozolnych poszukiwań. Kilka lat, jakie upłynęły od wydania debiutanckiej płyty „III-ia” to czas zmian, bicia  się z własnymi słabościami i szukania dogodnego ujścia dla dziwactw, jakie zalegały się w głowach muzyków. Wreszcie się udało! „Blob” atakuje charakterystyczną, rwaną pracą bębnów, której nie powstydziłby się Wojciech Szymański, gitary fruwają w sobie tylko znanych rejestrach, każdy jest w innej przestrzeni i  cud jeno sprawia, że muzycy grają „w punkt”, nie gubiąc się w tych wszystkich akcentach, polirytmicznych zabawach  i próbach nadania atonalnym hałasom muzycznej formy. Inna sprawa, że dla Kethy należałoby stworzyć odrębny kanon określający zasady komponowania. A może antykanon, bo miejscami odnoszę wrażenie, że Ketha tworzy muzykę na zasadzie – „jeśli czegoś zagrać nie można albo nie wolno, znaczy, że tak zagrać koniecznie trzeba!” – „Iya” jest tu najdoskonalszym przykładem – techniczne zagrywki perkusji wpadają w psychodeliczną mgiełkę, tworzoną za pomocą gitarowych przetworników,  podobnie jest w genialnym „Cortex”, gdzie grupa bada, jak daleko można przesunąć granice hałasu, także pod względem brzmieniowym, choć tu mógłbym przyczepić się nieco do sposobu realizacji bębnów.

Ilość dźwięków, jakie produkuje Ketha fascynuje i przeraża jednocześnie. W zasadzie mógłbym napisać, że w pewnym sensie jest to zespół bardzo zadufany w sobie, tworzący dla własnej przyjemności, bez oglądania się na otocznie czy słuchaczy, któryż zresztą artysta nie jest egocentrykiem? Nie wiem, czy członkowie Kethy chcą usłyszeć, że są geniuszami czy może hochsztaplerami, którzy niczym kuglarze udają, że grać potrafią? A może są wirtuozami, którzy doszli do granicy, za którą jest już tylko mantrowa muzyka konkretna? Jednocześnie w wielu miejscach przewrotnie zapodają bardzo rytmiczne tematy, które na koncertach świetnie się sprzedadzą. Jeśli oczywiście zespół będzie chciał je zagrać, bo osobiście uważam, że całe 31 minut „2nd…” prowokuje, by na żywo uczynić z niej jedynie luźny punkt wyjścia do gitarowo – perkusyjnej zabawy.

Maciej Miechowicz współpracuje (współpracował?) z awangardowym Kostas New Progrram, Wojtek Szymański interpretuje jazz w Organoleptic Trio, dlatego Ketha ze swoistym wdziękiem sadowi się w miejscu, które jakiś czas temu opuścili twórcy „Chmury Nie Było” z powodzeniem rozwijając temat. Płyta na razie bez konkurencji, ale i bez pełnego zrozumienia, bo nie jestem pewien, czy udało mi się dotrzeć do sedna tej muzyki.

Arek Lerch