K-ESSENCE – We Prefer The Night (Alchera Visions)

Każdy, nawet średnio zorientowany w meandrach sztuki kulinarnej smakosz wie, że jedną z najważniejszych kwestii w przyrządzaniu żarcia jest umiejętne stosowanie przypraw. Najlepsze danie można spieprzyć w sekundę przesadzając z rzeczonymi dodatkami; podobna zasada obowiązuje w muzyce. Dla przykładu – weźmy pierwszy z brzegu, gotycko – metalowy gniot (pomińmy nazwę, żeby ktoś się nie obraził, a wiadomo, że muzykanci z tej szufladki są okrutnie wrażliwi na swoim punkcie…): to jest właśnie rosół, do którego ktoś wsypał 10kg soli. Muzykę nietoperzy przywołałem zresztą nie bez powodu, bo K-Essence ma w swojej ofercie całkiem sporo takiego właśnie „klimaciku”. Tyle, że – i tu znowu wracamy do naszej analogii – kucharzem jest nieprzeciętnym.

Przyznam też, że zabawa ze słuchaczem rozpoczyna się już na wstępie. Ta pretensjonalna (na pierwszy rzut oka…) okładka, budzące uśmiech politowania „preferowanie nocy” czy gra słowna w nazwisku szefa zespołu, kojarzonego z projektem NeLL Bartka Księżyka, czy też raczej: Czarno – Księżyka. Fakt, to może  prowokować skwitowanie „We Prefer the Night” pogardliwym prychnięciem. Wystarczy jednak zapomnieć o tych elementach i sięgnąć po dźwięki. Bardzo szybko wszystko wskoczy na właściwe tory i okaże się, że mamy do czynienia z najlepszą (moja opinia, rzecz jasna…) płytą ostatnich miesięcy. Przede wszystkim – właśnie chodzi o granie niuansami, delikatne podrażnianie końcówek nerwowych skojarzeniami nie przekraczającymi granicy dobrego smaku, za którą pojawia się groteska. Momentami jest, co trzeba przyznać, dość poważnie, może nawet dostojnie i raczej nie ma w tej muzyce tzw. „przymrużenia oka”. Poczucie humoru pojawia się w zasadzie dopiero w teledyskach, gdzie zespół celowo sięga po lekko przerysowane obrazy, ale to też w jakimś sensie dobrze uzupełnia ogólny koncept.K-Essence Bartek

W kontekście zespołu często pada nazwisko mistrza Nicka Cave’a i… coś w tym jest, choć chodzi raczej o pewien smak tej muzyki, niż dosłowne rozwiązania. Jeśli już szukać tych bardziej bezpośrednich momentów – w „Tail Lights” faktycznie słychać, że Bartek dużym szacunkiem darzy „No More Shall We Part” Australijczyka. Z kolei „Those Summerdays” czy “Dangerous Man” mają coś z rozmachu “Abattoir Blues/The Lyre of Orpheus”. Szczególnie ten ostatni, opatrzony wspomnianym klipem robi wrażenie i mógłby z powodzeniem zagościć w eterze. Podobnie jak całkiem przebojowy temat „Claim The World”. Te kompozycje dość dobrze pokazują zamysł zespołu . K–Essence, w opozycji do aktualnie panujących trendów, stawia na bogate, wielowątkowe aranżacje i niemodny rozmach wykonawczy. Szczególnie, kiedy łapie „balladowe” bujnięcie i zaczyna się pięknie rozkręcać, można podziwiać przepych tych piosenek (kojarzący się nieco z Walkabouts „This Party Isn’t Over” czy ocierający się o solowe dokonania Petera Murphy „Every Black Shirt” to najlepsze przykłady…). Pojawia się gra kontrastów w „Bathe and Forget”, gdzie pierwszej, wzbogaconej o brzmienie wibrafonu części przeciwstawia się końcówka, ubrana w zaskakująco ostry riff, choć kiedy trzeba, zespół potrafi być odpowiednio enigmatyczny (niemal trip-hopowy „Come Home and Stay”). Z niejakim zdziwieniem skonstatowałem, że K-Essence – w kontekście współczesnej muzyki, nazwijmy to, alternatywnej – korzysta z całkiem tradycyjnych środków wyrazu. Muzycy nie szukają nietypowych brzmień, instrumenty są używane też dość konwencjonalnie, chodzi tu raczej o stworzenie pewnej, hipnotyzującej przestrzeni, powstającej gdzieś na przecięciu balladowej narracji, rockowej alternatywy i mrocznego klimatu, dozowanego z dużym znawstwem, tak, że dopiero po jakimś czasie dociera do słuchacza, że ta muzyka jest, hmmm, właśnie taka nocno – barowa.

I tu tkwi owa iskra: zespół w rewelacyjny sposób maluje swoje dźwięki, nie sprzedaje się w pierwszym kontakcie, niespecjalnie przejmuje się zdawkowością naszego życia, grając tak, jakby muzykom nigdzie się nie spieszyło. I  ten zwyczajny-niezwyczajny nastrój dość szybko się nam udziela.

Arek Lerch