IMPIETY- Worshippers Of The Seventh Tyranny (Agonia)

Bez oporów przyznam, że dotychczas ceniłem Impiety bardziej za wytrwałość, zapamiętanie i szaleństwo, niekoniecznie przekładające się na muzykę. Oczywiście, dźwięki też miały znaczenie – singapurskie komando od początku wierne jest jednozbawczej idei łojenia siermiężnego, potwornie szybkiego i głośnego death/black metalu. Korzenne i brzemienne szaleństwem songi, dziesiątki splitów i sześć długogrających płyt, z których w pamięć zapadł album „Paramount Evil” ze słynną i mocno kontrowersyjną okładką. Tak było dotychczas. Na swoim siódmym albumie Shyaithan postanowił zerwać z tradycją. Ze znakomitym skutkiem…

Ta płyta na pewno nie zachwyci fanatyków bezustannego napierdalania dla rogatego. Nie zadowoli gatunkowych purystów, czy też inaczej maniaków, wielbiących Impiety za w zasadzie brak rozwoju i fanatyczną wierność zasadom. Nie wiedzieć czemu, Shyaithan zdecydował się przygotować album daleko odbiegający od przyjętych kanonów. Przede wszystkim mamy tu pewien koncept, 38 minut muzyki połączonej w jedną, długaśną kompozycję. I już ten fakt zaskakuje. Zamiast kilku mocnych, naładowanych blastami ataków, rozbudowana forma, w dodatku mocno eksploatująca wolne, mielące riffy, niemal doom metalowe przestrzenie i zdecydowanie większą niż dotychczas dozę melodyki. Zespół pomieszał na płycie maniakalne blasty, powolne, miarowe pochody, wypełnione rasowymi riffami  a gdzieś daleko w tle lekko podbite plamami klawiszowymi. Zamiast bezładnego, old schoolowego parcia do przodu, zespół proponuje powolne smakowanie bogatej palety dźwięków, które mimo, że nawiązują do dziedzictwa Singapurczyków, układają się w zupełnie nowy, nieprzewidywalny schemat. Niby wszystko znane, niby riffy utrzymane w klimacie poprzednich nagrań, ale połączone dla kontrastu z niemal mantrowymi fragmentami, powodują, że podróż przez płytę jest wyjątkowo fascynująca. Miejscami zespołowi udaje się stworzyć w ramach nagrania niesamowitą przestrzeń, nasączoną minorowym klimatem, przywodzącym na myśl nawet i Celtic Frost. Zamiast ścigać się z wiatrem, zasypywać solówkami i przejściami Impiety uprościli swoje pieśni bojowe, pozwalając jeszcze bardziej na ekspozycję kompozycyjnej, riffowej strony nagrań. Każdy element jest niezwykle dopracowany – jeśli blasty, to obłędnie szybkie, tnące niczym rozżarzona stal, jeśli zwolnienia to raczej przestrzenne, zawieszone w czasie, skłaniające do zadumy. I w ten sposób mija całe 38 minut krążka. Niesłychanie emocjonująca podróż w nieznane, czego bym się po Impiety nie spodziewał. Może to zasługa nowego składu, może chęć odświeżenia dość już skostniałej formuły, może po latach do głosu doszły inne emocje… Choć z gruntu ta płyta jest przesiąknięta diabelstwem, rogaty wyłazi z wszystkich zakamarków a każdy riff to apoteoza metalu.  Tylko konstrukcja, piętrząca kompozycje w ramach jednego odcinka, stanowi  novum w dziejach grupy, jakże intrygujące i wciągające zarazem. Do tego dochodzi znakomite, ostre jak brzytwa, klarowne i plastyczne brzmienie i mamy gotowy najlepszy krążek zespołu. Jeśli ktoś nie chce psuć sobie smaku odmienionym wizerunkiem Impiety,. lepiej, żeby obchodził ten materiał z daleka. Dla każdego, choć trochę otwartego fanatyka ekstremalnego metalu „Worshippers Of The Seventh Tyranny” będzie jednym z lepszych albumów, zamykających rok 2010.

Arek Lerch