HORSEBACK – Dead Ringers (Relapse)

Poszukiwanie stało się chyba najważniejszym elementem współczesnej muzyki. Problem ze znalezieniem kamienia filozoficznego, czy też może świętego Graala muzyki jest zmorą tysięcy wykonawców, którzy jak ognia boją się jednego słowa (może poza Brzozowskim…), które jest gorsze niż wyrok śmierci – „przeciętność”. Nikt nie chce, by jego płyty kurzyły się w marketach na dolnych półkach, niestety, tylko nieliczni tego unikają. I do tego elitarnego grona dołącza dzisiaj Horseback, po raz nie wiem który zaliczający kolejną zmianę stylu.

Zespół od swoich początków skupiał się na szukaniu i w pewnym momencie całkiem sprytnie wkomponował się w drone’owo/sludge/noise’ową zawieruchę, grając dźwięki trudne, nieprzyjemne i raczej mało radiowe. Przynajmniej takie były dotychczasowe płyty. Intrygujące, choć niełatwe do przełknięcia. Może właśnie dlatego najnowsze dzieło sprawiło, że dwa razy sprawdziłem czy aby odtwarzacz nie pomylił plików. Nie. Horseback AD 2016 wykonał woltę, sięgając do źródeł. Choć w zasadzie podstawa jest taka sama – trans, mroczny marsz, tyle, że wyrażony innymi niż dotychczas środkami.

Pozbycie się przesterowanych, miażdżących gitar, zastąpienie ich elektroniką, ciężar skierowany w stronę transu, oszczędna perkusja (albo i automat…), dziwna, niby – gotycka ornamentyka i wszechobecny niepokój. Nowa płyta Horseback wciąga jak cholera, dostarczając wielu niesamowitych wrażeń. Choć nadal pozostaje zespołem trudnym w odbiorze i elitarnym. Znaczy – idealnym. Co zatem tak konkretnie znajdziemy na tej płycie? Szkice. Malowane od niechcenia dźwięki, które gdzieś się zaczynają i kończą, leniwie poruszając się w przestrzeni. Niedopracowanie jest tu jednak pozorne, to raczej próba odwrócenia się od sztywnych aranżacji w stronę muzycznych eksperymentów. Horseback zawsze mocno kombinował, ale nigdy nie zaszedł tak daleko. Ładując do jednego worka krautrocka, drony i young’owski, korzenny klimat ożenił je z rozedrganym, nieco psychodelicznym pulsem i na dokładkę pojechał eksperymentem. Pod każdym względem – arogancja aranżacji miesza się z pozorną, zawieszoną monotonią, miejscami całkiem przystępne fragmenty łączą się z awangardowymi bukietami szumów i trzasków; wszystko to jednak ma tu swoje miejsce i sens.Horseback

W zasadzie Jenks Miller zrezygnował z gitar. Owszem, taki „In Another Time In And Out of Form” oparty jest o przesterowany riff, zawieszony na monotonnie pompowanym rytmie, ale to wyjątek, jeszcze bardziej podkreślający odmienność tej płyty. Reszta to jazda w ciemność. „Modern Pull” śmierdzący latami 70., narkotycznym odjazdem zbudowanym niemal na technobicie, „Shape of the One Thing” niczym Neil Young w Miasteczku Twin Peaks i katedralny, psychodeliczny, monstrualnie transowy „A Bolt from Blue”, który mógłby stać się świetnym soundtrackiem do mocno pojechanego horroru. A to dopiero początek atrakcji. Horseback na nowej płycie proponuje też dużo bardziej abstrakcyjne akcje, które prowokują posądzenia o to, że Miller zmontował ten materiał w pojedynkę. O ile jeszcze taki „The Cord Itself” jest zwykłym, drone’owo – ambientowym przelotem, o tyle zamykający płytę, szesnastominutowy „Descended Form The Crown” to gabinet grozy, rezonujący szumami, strzępkami bitów, dziwnych hałasów i awangardowych odlotów. Dla niżej podpisanego ulubionym fragmentem pozostanie jednak „Larkspur”, pokazujący kunszt Horseback – mamy tu i krautowe rozedrganie, prostotę, ale i dbałość o detale. Warto zwrócić też uwagę na sposób narracji, od razu kojarzący się z Michaelem Girą.

„Dead Ringers” to płyta niełatwa, materiał w który powoli się wsiąka, łapie hipnozę; sam w pierwszym momencie byłem nieco zdezorientowany, ale dzisiaj mogę z pełną świadomością stwierdzić, że to najlepsza płyta Horseback i pewnie jedna z ciekawszych w tym roku. Hałas może mieć bardzo różne oblicza, fajnie spinające bardzo odległe od siebie światy. Mistrzostwo…

Arek Lerch