HELL UNITED – Aura Damage (Hellthrasher Productions)

Death metal zazwyczaj opisywany jest kilkoma słowami – kluczami, mającymi w intencji żurnalistów jak najbardziej zbliżyć czytelnika i potencjalnego klienta do zawartości opisywanego dzieła. Nie będę tu przytaczał wszystkich powiedzonek, bo w zasadzie każdy pismak ma własny „śmierć – słownik” i ograniczeniem jest tu tylko wyobraźnia. W przypadku nowego, drugiego albumu załogi z Tarnowa po głowie chodzi mi cały czas zwrot „nowe znaczenie słowa złowieszczy”. Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, taka właśnie jest  „Aura Damage”…

 

Zasadniczo Hell United ani się nie zmienił, ani nie odkrył niczego nowego. Porusza się w ściśle określonej przestrzeni, korzystając z gatunkowych klisz, dzięki którym nie ma żadnego problemu z określeniem preferencji grupy. Czysty death metal. Jednak jeśli wejdziemy głębiej w nowy krążek, okazuje się, że zespół ma w rękach przynajmniej kilka atutów, które powodują, że „Aura Damage” wypada więcej niż intrygująco.

W pierwszej kolejności będzie to niewymuszony sposób grania. W przeciwieństwie do wielu zespołów, które za sprawą studyjnej obróbki chcą jak najbardziej odhumanizować swoje dźwięki, Hell United nagrał płytę brzmiącą, hmmm… niechlujnie. I od razu na swoją obronę zaznaczam, że to taka „pozytywna” niechlujność. Zamiast szlifowania i „dokarmiania” dźwięków, zespół postawił na brudny, nieco duszny sound, który doskonale koresponduje z riffami. Właśnie – największym dobrem płyty są partie gitarowe i to one powodują, że „Aura…” jest dziełem wielopłaszczyznowym i frapującym. Oczywiście, zespół wie, co to znaczy death’owy riff, i kiedy trzeba, takowym szafuje, jednak w wielu miejscach, szczególnie tych wolniejszych obcujemy z rozjechanym, świdrującym, gitarowym hałasem, który ma więcej wspólnego z dysonansem niż zwartym, twardo kładzionym akordem. I kiedy połączymy te zgrzytliwe partie z wolniejszymi, ociężałymi konstrukcjami rytmicznymi („np. „Hinterland” a w szczególności „Totality of I”), wychodzi z tego muzyka zdecydowanie odstająca od standardów; właśnie – złowieszcza, dotykająca jakiejś nieznanej struny w duszy. Z drugiej strony, zespół wie, że diabeł cieszy się tam, gdzie człowiek zapierdala, dlatego nie brak tu partii zwartych i prujących do przodu na podkładzie blastu – raz hier-szybkiego („Red Limitations” czy „Maelstorm’s Gravity”), gdzieś tam dotykającego oldskulowej maniery („Aura Damage”). Najlepiej robi się jednak w momencie, kiedy zespół łączy te niemal post-metalowe pasaże z death metalową ekstremą, tak jak w jednym z najlepszych kawałków na płycie – „Deathlike Cold”. Zestawienie złych wibracji, jakby rozregulowanej gitary ze zwartymi przyspieszeniami działa na wyobraźnię. Na tą ostatnią działa też np. „Let The Sleeping Dogs Lie”, który brzmi niczym żywcem wyjęty z repertuaru Immolation. Nie ukrywam zresztą, że gdzieś tam w głowie dokopałem się do uczuć, jakie towarzyszyły mi podczas konsumpcji „Failures for Gods” i nie ukrywam, że to, co mnie gniecie podczas zabawy z „Aura Damage” jest bardzo podobne. Co nie znaczy, że chcę zarzucić grupie naśladownictwo. To raczej kwestia poziomu, kunsztu w budowaniu nastroju, które gdzieś tam są ze wspomnianymi Amerykanami zbieżne. I w ten sposób, ze znanych skądinąd klocków Hell United zbudował swoje nowe dzieło, stapiając elementy, za które kilkanaście lat temu zostałby ukrzyżowany z metalową tradycją. Imponuje mi to, że bez specjalnego kombinowania, z zachowaniem wszystkich cech, właściwych gatunkowi Hell United robi muzykę, która wyróżnia się z całej masy death’owych bandów, co – piszę to ze smutkiem – jest z mojego punktu widzenia coraz rzadsze…

Teoretycznie przynajmniej Hell United prezentuje w Polsce frakcję oldskulowego metalu śmierci, jednak w przeciwieństwie do wielu kolegów, namolnie przekonujących, że braki muzyczno – kompozytorskie są zamierzonym posunięciem, nie boi się eksperymentu i w ramach ciasnej szufladki dokonuje niezłego remanentu.  Na dzień dzisiejszy „Aura Damage” przykład odwagi, pewności obranej drogi i otwartości w głoszeniu swoich poglądów. Hell United nie chce nikomu udowodnić, że jest  fajny i miły. Bo nie jest. Jeśli jednak lubicie wyzwania i szorstką, męską muzykę, możecie próbować. Zdecydowanie jaśniejszy (tzn. mroczniejszy…) kawałek naszego, metalowego pół – światka.

 

Arek Lerch