HAIL SPIRIT NOIR – Mayhem In Blue (Dark Essence)

Połączenie black metalu i rocka psychodelicznego, obecnie już niezupełnie unikatowe, nadal jednak może być ciekawe. Przekonują nas o tym dobitnie Oranssi Pazuzu i Aluk Todolo, serwując w tym roku wyśmienite krążki, które – z grubsza – oparte są właśnie na takim mariażu. O ile jednak oba te albumy operowały przede wszystkim unikalnym klimatem i świetnym zgraniem, tak Hail Spirit Noir dorzuca do tego wszystkiego składnik, który wznosi ich twórczość na chyba jeszcze wyższy poziom. To szaleństwo, moi mili. Ta płyta jest w stu procentach szalona.

Hail Spirit Noir przyciągnął uwagę już za sprawą debiutanckiej „Pneuma”, gdzie wyraźniejsze niż obecnie ciągoty w stronę klasycznego black metalu mieszały się z inspiracjami wczesnymi Pink Floyd. „Oi Magoi” sprzed dwóch lat wykazywał natomiast nieco więcej pokrewieństwa z jazzem, kierując muzykę Greków w trochę inne rejony. „Mayhem In Blue” to kolejny zwrot w ich twórczości – tym razem greckie trio, wciąż mocno wsparte psychedelic rockiem, eksploruje dodatkowo grunt rocka progresywnego, czyniąc to na szczęście bez zapędów w muzyczny onanizm. Muzycy Hail Spirit Noir doskonale zdają sobie sprawę, że największą siłą „Mayhem In Blue” jest pełna groteski i szaleństwa, unikalna, jakby nieco kabaretowa czy wręcz musicalowa atmosfera ich tegorocznego albumu. Starają się to zresztą podkreślić na każdym kroku – czy to za sprawą bezczelnych Hammondów w „I Mean You Harm”, obłędnych wokali w „The Cannibal Tribe Came From The Sea”, albo też kończąc album utworem tak odklejonym, jak „How To Fly In Blackness”. hsn-band

Kolejną sprawą jest nieprawdopodobny wręcz dar do pisania nośnych melodii, które są ozdobą chyba każdej piosenki. Czy jest to bez mała taneczny „I Mean You Harm”, czy mroczny utwór tytułowy – to zupełnie bez znaczenia, chłopaki odnajdują się świetnie w każdej konwencji. Theoharis sprawnie operuje swoimi niemałymi możliwościami wokalnymi, lawirując od niskich i głębokich czystych wokali po totalnie obłędny, black metalowy skrzek i raczej nie będzie przesadą stwierdzenie, że przede wszystkim to pozwala zespołowi na tak dużą rozpiętość stylistyczną. No właśnie – na „Mayhem In Blue” znajdują się zarówno „ballady” (vide zamykający płytę utwór), jak i typowe (jakkolwiek nie jest to chyba szczególnie odpowiedni dobór słów) metalowe killery, z szybkim tempem i mocnymi riffami. Za każdym razem kompozycje wsparte są wyraźną, acz niezbyt nachalną elektroniką i świetnymi, klasycznymi partiami klawiszy, przywodzącymi na myśl hard rockowych klasyków z lat 60. i 70. Mało? Dorzućcie do tego pojawiające się tu i ówdzie typowe, black metalowe tremola, występujące czasem razem z niemal katarynkowymi melodiami… Ogólnie, ogarnięcie tego, co tu się dzieje, jest niełatwym zadaniem, niezależnie od tego, że dawno zgubiłem już rachubę, ile razy przesłuchałem ten album.

„Mayhem In Blue” to z pewnością jedna z lepszych tegorocznych pozycji w kategorii „black metal” (cudzysłów jest celowy). Może i gdzieś tam wyraźniej przebijają się jakieś inspiracje Ved Buens Ende czy Virus, może i są takie jakby lekkie ciągoty w stronę Oranssi Pazuzu, ale mimo to wyraźnie słychać, że Hail Spirit Noir to zespół o wyraźnym stylu, bardzo charakterystycznym i unikalnym. Nie wiem, czy umiałbym w tym roku wskazać płytę bardziej groteskową i szaloną, mimo że Furia ze swoim kopalnianym bluesem zawiesiła poprzeczkę bardzo wysoko… W każdym razie polecam zarówno kucom, jak i hipsterom – tu wszyscy powinni znaleźć coś dla siebie.

Michał Fryga