GRIDLINK – Longhena (Selfmadegod)

Ktoś tam kiedyś zarzucił mi, że piszę o wszystkim, czyli nie znam się na niczym. Może coś w tym jest – pomyślałem – i zamiast słuchać ciężkiej muzyki, przerzuciłem się na gejowski indie pop. Zapodałem se wąskie spodnie, zapuściłem brodę i noszę za dużą czapkę. Fajnie jest, choć czasami brakuje przepoconych buciorów i napierdalania w jedynie słusznej sprawie. Dlatego, od czasu do czasu, jak kuchta domowa z ciekawością i strachem zerkająca na okładkę „The Satanist”, zadaję sobie coś mocniejszego i szybkiego jednocześnie. Dzisiaj padło na najnowszy, trzeci album GridLink, załogi oryginalnej i w składzie i w muzyce. Jeśli ktoś myśli, że niniejszy album tygodnia ma coś wspólnego z jego wydawcą… może sobie myśleć co chce. Posłuchajta „Longhena” i zdanie zmienicie.

Co jest największą bolączką sceny grindcore? Za dobrzy perkusiści i kiepscy gitarzyści. Może nie kiepscy, ale skupiający się tylko na technicznym aspekcie szlifowania. Jak wygląda to w praktyce? Apoplektyczny perkusista załatwia całą robotę a szkielet wypełniają riffy, które w zasadzie nie są do rozróżnienia, choć zapewne maniacy gatunku powieszą mnie za te słowa na suchej gałęzi (że się niby nie znam). Dlatego tak trudno w tym gatunku wymyślić coś faktycznie ciekawego muzycznie. Stąd też całe tabuny gore – porno – grindu, który jako gatunek może być co najwyżej sposobem na szokowanie wrażliwych koleżanek w pracy czy szkole. Jasne, są od tej reguły wyjątki, np. Antigama (choć ci wraz z Meteorem wkroczyli raczej do królestwa technicznego death metalu…), czy Noisear, jednak to jedynie krople w morzu. Ten wstęp jest mi potrzebny, by choć w małym stopniu wytłumaczyć uznanie jakim darzę GridLink.

Załoga to nieprzeciętna za sprawą samego składu. Na czele stoi znany z Discordance Axis wokalista Jon Chang (jest zatem kult…), gitarę i bas dzierżą specjaliści od pokiereszowanego hałasu – Takafumi Matsubara i Ted Patterson (Burnt By The Sun) a nad całością panuje opętany pałker Bryan Fajardo (min. Noisear, Kill The Client, Phobia). Trudno oczekiwać od takiego zestawu muzyki wyważonej a przede wszystkim – nudnej. To nam nie grozi, jednak „Longhena” jest dla mnie i tak sporym zaskoczeniem.

Dlaczego? Słuchając trzeciej płyty zespołu odnoszę wrażenie, że w zasadzie nie chodziło im wcale o to, by stworzyć album połamany i budzący grozę technicznym zamotaniem (jak to miało miejsce chociażby w przypadku „Subvert The Dominant Paradigm” Noisear…), tudzież jakimiś okładkowymi szaleństwami, ale raczej o to, by dotrzeć do sedna riffu i rozszczepić atom w celu poznania przyczyn wszechświata. Brzmi to oczywiście totalnie głupio, ale jakoś tak jest na miejscu. W zasadzie, od strony konstrukcyjnej mamy do czynienia z klasyczną formą grindcore’owego napierania z lekkim naciskiem na technikę. Każdy numer obowiązkowo puchnie od blastów i wrzasków. Schody zaczynają się w momencie, kiedy zespół zaczyna załamywać pozornie oczywiste struktury. Wtedy wychodzi z muzyków natura eksperymentatorów, którzy sprawdzają, jak bardzo można wygiąć szkielet kompozycji. Tu kłaniają się hity płyty, czyli „Chalk Maple”, rozbudowany (jak na GridLink…) „Island Sun” czy „Retract Perdition”. Jednocześnie muszę zauważyć, że grupa podchodzi do wyginania konstrukcji kompozycji z dużym dystansem i rozwagą; przy umiejętnościach muzyków, mogliby sobie pozwolić na dużo większe odjazdy, stawiają jednak na klarowność utworów, co – paradoksalnie – jeszcze bardziej uwypukla techniczne zaplecze. Zupełnie inaczej jest w przypadku bazy, czyli riffów. Nie znam innego zespołu g/c, który miałby tak wybitnych kompozytorów. Każdy gitarowy hałas, jaki wychodzi spod palców Takafumiego to małe arcydzieło i rzecz niespotykana wśród gitarzystów z tego nurtu. Bardzo charakterystyczne, zdecydowanie nie – grindowe zagrywki, podane w dziwnych interwałach, często rytmicznie odbiegające od typowych „lotów trzmiela” itp. wynalazków. Momentami robi się iście schizofrenicznie („Taibas” czy kawałek tytułowy), pojawiają się intrygujące harmonie („Constant Autumn”, „Ketsui”), choć muzykanci potrafią spreparować także całkiem chwytliwe, żeby nie powiedzieć – przebojowe tematy (np. refren „Stay Without Me”). Rodzynkiem jest też „Thirst Watcher” – chillout’owy, smyczkowy przerywnik. Wszystko jest doskonale wyważone – płyta trwa jedynie 22 minuty, na które składa się 14 krótkich (jedynie „Look To Winward” rozciągnięto do trzech…), zwartych utworów. Nie ma nudy, jest zaskoczenie. Płyta, do której chce się wracać.

Trudno uznać Gridlink za zespół typowy. To raczej twór dość enigmatyczny, wymykający się kanonom, rozsiany w dodatku po całym świecie. O wyjątkowości może świadczyć też okładka płyty, która pasuje bardziej do wypocin jakiegoś didżeja albo wytwórni Ninja Tune. Czyli w sumie nie muszę się martwić, że jakiś znawca tematu zarzuci mi niekompetencję, bo w obliczu tak niejednoznacznej płyty trudno wysilić się na jakieś profesjonalnie obiektywne oceny i analizy. Poza stwierdzeniem, że to znakomity krążek.

Arek Lerch