GOVERNMENT FLU – Tension (Refuse Records)

Wreszcie jest. Nowy krążek warszawskiej załogi. Trudno orzec, czy to LP (z założenia long – play źle się komponuje z 13 minutami płyty…) czy ep – ka. Długość ep – ki, zawartość emocjonalno – muzyczna dwupłytowego albumu. Trzeba przyznać, że niezłą rzecz wybrał sobie szef Refuse Records na swoje jubileuszowe, setne już wydawnictwo. Panie i pawiany – oto punk rock i stary dobry hard core w wydaniu nieprzeciętnym!

Ciężko pisze się o lokalnych ziomkach, bo powiązania biznesowe, towarzyskie i muzyczne powodują, że każdy może odpowiednią stronę układu posądzić o różne rzeczy. Z tym się znamy, z innym gramy a jeszcze z innym chodzimy na wódkę i już pasztet gotowy. Napiszesz źle – jesteś bucem, dobrze – rączka rączkę myje itp. Nikomu nie wygodzisz, dlatego od razu zaznaczam, że w dupie mam opinie na temat powyższych powiązań, w kontekście których poniższe słowa mogą być interpretowane. Dość powiedzieć, że Government Flu wypuszcza właśnie swoją NAJDOJRZALSZĄ płytę, będącą swego rodzaju – tak ją odbieram – podsumowaniem dotychczasowych poszukiwań.Government Flu

GF zawsze wykazywał się dużą dbałością o stylistyczną czystość, nie wychodził poza krąg klasycznego, amerykańskiego hc/punka gdzieś sprzed dwóch dekad, jednocześnie nadawał mu nowy, finezyjny kształt, za co bardzo ich cenię. Dzisiaj, po paru latach działalności, kilku mniejszych i większych płytach, czas na dzieło, które najdobitniej określa zespołowe status quo. Większość elementów stylu „grypowców” pozostaje bez zmian, jednocześnie jest to najbardziej dopracowania i różnorodna płyta w ich historii. Na początek warto wspomnieć o swego rodzaju esencjonalizmie „Tension”, jeszcze większym, niż na komplementowanym przeze mnie całkiem niedawno „No Apologies” We Are Idols. Dwanaście numerów w trzynaście minut to rekord godny załogi grind core. Nie ma tu jednego, niepotrzebnego dźwięku, sam konkret i jednocześnie gwarancja, że nie będziemy się nudzić. Oczywiście, trzeba lubić formy dźwiękowe nie przekraczające często jednej minuty. W tych wściekłych petardach upchnięto tym razem maksymalną ilość pomysłów, wykonanych z finezją godną prawdziwych punkowych wirtuozów. Jako, że utwory wyżęto z niepotrzebnego tłuszczu, jeszcze bardziej zwraca uwagę stylistyczna czystość Marcinowej riffowni – zajadłe, wściekłe partie gitary szczególnie w średnich tempach zatykają dech („Crime Scenes”, „Nothing Personal” czy „Misplaced Anger”) a do perfekcji dochodzą w zaskakująco wolnym, zamykającym płytę walcu „Nobody’s Waiting”, gdzie wprawne ucho znajdzie także kilka całkiem odjechanych hałasów. Startuję od wyjątków, a przecież Government Flu to przede wszystkim, szybkie, punkowe strzały. Tych nie brakuje, ale jak zwykle zostały skonstruowane w mało oczywisty sposób. Zespół wyraźnie miał czas na dopracowanie szczegółów, bo każdy dźwięk zgadza się idealnie i współpraca wszystkich instrumentów jest wzorowa. Mistrzostwo grypowej finezji usłyszymy w „Iron Locks”, nieco poplątanym „Nails” czy kawałku tytułowym. Bardziej klasycznie punkowo robi się w „Empty Rooms” czy „Burn The Bridge”, który to kawałek zespół udostępnił do przedpremierowego odsłuchu na naszym portalu.

To z pewnością najmocniejsze momenty płyty, gdzie „grypowcy” dają wyraz swojej maestrii. Kolejny raz muszę skomplementować Wolfiego, który bębni jak kompletny szaleniec. Gość myśli o perkusji niesamowicie „muzycznie” – perfekcyjnie wynajduje w partiach gitary te miejsca, które można zaakcentować, podkreślić i prowadzi idealne w swoim rozpasaniu perkusyjne dialogi, mistrzowsko podkreślające dynamikę i aranżacyjne niuanse. No i pamiętajmy, że to wszystko rozgrywa się często w ciągu kilkudziesięciu sekund… Do tego bigosu swoje stylowo warczące partie basu dokłada Lipek a Rafał… cóż, po prostu jest najlepszym punkowym krzykaczem w tym kraju – dykcja, opanowanie języka, interpretacja. Mistrzostwo.

Pokadziłem już chyba maksymalnie, czas zatem na nieco dystansu i kilka chłodnych wniosków. W dzisiejszych czasach trzeba mocno się napracować, by stworzyć sztukę, która zwróci czyjąkolwiek uwagę. Być może Government Flu nie jest najważniejszym zespołem ostatniego dziesięciolecia, może nie każdemu odpowiada taka oszczędna, gwałtowna forma, ale na pewno jest to jeden z najistotniejszych filarów krajowej sceny hc/punk. Należy też do nielicznych, eksportowych towarów z tej działki i co istotne, prezentuje maksymalnie szczerą i bezkompromisową postawę, która budzić może albo irytację, albo respekt. No i ten konsekwentny rozwój. Począwszy od ep – ki „Fuck Poetics”, przez Are You Sorry Now, Holes aż do „Tension”. Bezpretensjonalność, luz i wielka erudycja to potencjał, który, mam nadzieję, jeszcze nie raz prawdziwych punków ucieszy. Choć zastanawiam się też, co będzie dalej, bo trzymam w ręku płytę w swojej formie doskonałą, pokazującą jednocześnie kilka nowych możliwości, jakie stoją przed zespołem. Ciekawe, jaką drogę wybiorą…

Arek Lerch