GONE IS GONE – Echolocation (Rise Records/Black Dune)

Ktoś jeszcze nadąża za tymi wszystkimi wyrastającymi jak grzyby po deszczu supergrupami, które to nie przyciągają zupełnie niczym poza nazwiskami? Pamiętacie może jeszcze kapelę Killer Be Killed, w której to skład wchodzili: Max Cavalera, Greg Puciato, Ben Koller i Troy Sanders? Act Of Defiance? Adrenaline Mob? Przykładów można mnożyć w nieskończoność, dochodząc do wniosku, że udaje się tylko nielicznym. W większości przypadków płyty takich kolektywów sprzedają się całkiem nieźle, co jednak niekoniecznie idzie w parze z jakością muzyki. W przypadku Gone Is Gone na to drugie nie można narzekać.

Chociaż jestem fanem i Mastodon, i Queens Of The Stone Age, i At The Drive-In, jakoś nie mogłem wyzbyć się obaw przed przesłuchaniem „Echolocation”; podchodziłem do płyty bardzo sceptycznie. Zupełnie, jak się okazało, niepotrzebnie. Słychać tutaj ducha wszystkich trzech wymienionych wyżej kapel, ale zdecydowanie nie jest to – jak się często zdarza – bezmyślna mieszanka, po której chce się rzygać, a kawał świetnej muzyki z własnym charakterem. Ok, co my tu mamy za dobroci? Przede wszystkim jest zadziwiająco spokojnie – zdecydowana większość utworów utrzymana jest w średnim, bądź wolnym tempie, no i mało tu metaluchowania, za to całkiem sporo ambientu i melancholii. To pełna przestrzeni i transu płyta. Mastodon w wersji light? Trochę tak, jako że za wokal odpowiada głównie Sanders, takie skojarzenia nasuwają się same, dodatkowo mamy tu wiele hipnotycznych momentów znanych z późniejszych dokonań kwartetu z Atlanty. Najbardziej mastodonowym utworem na „Echolocation” jest zdecydowanie „Ornament” oparty na prostym, gitarowym riffie przepuszczonym przez delay i bujającym rytmie. Dużo o tej płycie mówi fakt, że znalazł się na niej cover… „Roads” Portishead. I to nie w rockowej wersji. Powiedziałbym wręcz, że wersja Gone Is Gone jest jeszcze bardziej minimalistyczna i mroczna niż oryginał – nawet melodia jest mniej zarysowana, przez co przy pierwszym przesłuchaniu dopiero po dłuższej chwili zdałem sobie sprawę z tego, że to nie jest wcale autorska kompozycja supergrupy.GIG

Więcej melodii znajdziemy w promującym płytę „Dublin” – wpadającej w ucho, melancholijnej balladzie – czy w „Slow Awakening”, w której to majaczą gdzieś echa twórczości Queens Of The Stone Age zmieszane z industrialnym rockiem. Jeżeli szukacie dobrych riffów, znajdziecie je w „Gift” i „Pawns”, przy czym warto nadmienić, że na tej płycie gitary schowane są w tle i nie odgrywają pierwszoplanowej roli – nie liczcie na ekwilibrystykę w stylu Mastodon, ani pustynno-garażowe brzmienie znane z QOTSA, w Gone Is Gone chodzi o co innego.
Pozostaje pytanie – jak zawsze w przypadku supergrup – co dalej? Wiadomo, że zarówno Mastodon, Queens Of The Stone Age a także At The Drive-In planują w roku 2017 podzielić się ze światem nową muzyką, a z czym to się wiąże, wszyscy wiemy – koncerty, koncerty i raz jeszcze koncerty. Muzyków czeka intensywny okres i niekoniecznie muszą mieć ochotę oraz czas, aby wracać do pobocznego projektu. Przypomina się casus Them Crooked Vultures – kapitalna płyta, kilka koncertów i cisza. Homme, Grohl i John Paul Jones wrócili do swoich spraw, a album z roku 2009 będzie prawdopodobnie pierwszym i ostatnim. Czy podobna przyszłość czeka Gone Is Gone? Pożyjemy, zobaczymy. Mamy udaną płytę, cieszmy się nią. Rok zaczyna się zadziwiająco dobrze.

Paweł Drabarek