GENIUS ULTOR – Nic co boskie nie jest mi obce (Arachnophobia Records)

Chciałbym napisać, że druga płyta Genius Ultor jest dla mnie zaskoczeniem, ale, niestety, nie mogę tego zrobić. Otóż miałem okazję słyszeć ten materiał w surowej wersji prawie rok temu, dlatego wiedziałem, że będzie to album cholernie dobry, ale prawdę mówiąc nie spodziewałem się, że płyta zyska wymiar aż tak dosadny. Na początku z pewnością metal był to czarny i błyszczący lecz zrywając kolejne warstwy materii zespół dotarł w końcu do powierzchni brudnej, kaleczącej skórę, odpychającej i z takiej właśnie nici utkał swoje nowe oblicze…

Trio Genius Ultor sięgnęło dna. Tak w jednym zdaniu określić można ten materiał. Dawno już nie dane mi było słyszeć płyty tak podłej, szpetnej i ciekawej jednocześnie. Trio Zgorzel, Kra i Wirus stworzyło materiał, którego ramy określają dwa proste i mocno już wytarte słowa: black metal. Nie mam jednak zamiaru przytaczać teraz porównań do innych czarnych hord. Wystarczyć musi wam fakt, że drugi album Genius Ultor dość mocno różni się od debiutu. Zasadniczo jest to muzyka bardzo surowa, stosunkowo prosta, ale i zróżnicowana. Przy minimum środków twórcy uzyskali maksymalnie rozwiniętą przy wykorzystanych zasobach formę. I absolutnie nie jest to płyta uboga. Premierowe dźwięki Genius Ultor określa na nowo zdefiniowane brzmienie. Wiem, że długo trwały prace nad tym by płyta uzyskała obecny kształt lecz opłacało się; materiał brzmi wielowymiarowo. W pierwszej chwili można powiedzieć, że surowo i dość topornie lecz gdy tylko zatopimy się w kąsającym uszy dźwięku, odkryjemy, że muzyka ta tak naprawdę staje gdzieś pomiędzy klasycznym, wulgarnym black metalem a opętaną próżnością awangardą. Przesadzam? Nie sądzę…GU band

„Nic co boskie nie jest mi obce” to zbiór siedmiu świetnych numerów, które mimo iż nie są spięte jedną klamrą koncepcyjnej myśli, tworzą coś na kształt nierozerwalnej opowieści i muzycznej całości. Z odrętwienia budzi głos kruka. Pierwszy na płycie utwór tytułowy ukazuje nowe oblicze zespołu w pełnej zadziorności i brudu krasie. Mocne, gitarowe cięcia, rozkrzyczane, warczące wokale i bardzo dobitnie zaznaczona praca sekcji składają się od strony technicznej na kształt tego co rani nasze uszy. Jednak technika to nie wszystko. Od samego początku Genius Ultor spowija słuchacza wyjątkowo lepkim, smolistym klimatem. A im głębiej zatapiać się będziemy w płytę, tym intensywniejszych doznań dostarczą nam Wirus, Zgorzel i Kra. Szarpać będziemy świeżą ranę w raz z obłąkanym rytmem „Kataryniarza”, błądzić w upiornej mgle w takt „Krew nie woda”, płynąć na fali uniesienia furią „Pijanego krwią”, tłamsić radość w plującym smołą „Złu przenajświętszym”. Ten album jest jak ogień, który potrzebuje czasu by nasycić i stać się prawdziwym płomieniem. „Nic co boskie nie jest mi obce” to również doskonałe, poetyckie teksty, które są czymś więcej niż tylko dodatkiem do muzyki.

„była letnia noc, gdzieś na brzeg wyniosłem ją/nadzy pod księżycem/cięliśmy fale jak nóż weselny tort/powiedziała mi, że kłopoty mogą być/długo patrzyłem w niknącą jej twarz”

Genius Ultor stworzył album, który nie zniesie obojętności; to jedna z tych płyt, które można chłonąć i poznawać na wiele sposobów. Trywialnie powiem, że jest to bardzo dobry album. Czuję, że nie opuści mnie jeszcze długo i dni podobnych ostatnim, gdy słucham tej płyty kilka razy dziennie czeka mnie jeszcze wiele…

Wiesław Czajkowski