FREDAG DEN13:E – Domedagar (Every Day Hate Records)

Rozwój, progres, kreatywność… rozwój, progress… kreatywność. Wydaje mi się, że słowa te osiadły na scenie muzycznej niczym jakaś chora już mantra. Wszyscy pędzą ku nie wiadomo jakim nowatorskim dźwiękom i starają się by każde kolejne, muzyczne dziecko było szybsze, cięższe, bardziej dynamiczne, skomplikowane. Jednak przyznacie sami, że takie zapętlenie, nie mówię, że zawsze, ale często zwyczajnie zabija ducha muzyki. Przecież są zespoły i jest ich naprawdę wiele, które bez zbędnego ciśnienia na ciągły progres doskonalą swoje rzemiosło i w ramach pewnego stylu osiągają coraz ciekawsze efekty. Paradoksalnie, można powiedzieć, że to przecież nic innego jak progres i rozwój, ale osiągnięty naturalnie i bez ciśnienia na aktualne trendy staje się podstawą dźwięków dających słuchaczowi dużo radości. Szwedzki ansambl Fredag Den 13:e to ekipa, która idealnie pasuje do modelu, który przedstawiłem. Niby nie starają się za wszelką ceną wyprzedać muzycznych konkurentów, ale mimo to w bardzo naturalny i zręczny sposób tworzą coraz lepsze materiały a ich najnowsze dzieło to rzecz z naprawdę wysokiej półki…

Na początku powinno być trzęsienie ziemi a później… to już z górki. Kierując się tą jaśnie oświeconą prawdą, chciałbym w tej chwili oznajmić Wam, że „Domedagar” to najlepszy album z siarczystym rock’n’roll’em od czasu gdy nieśmiertelne hity wypuszczał na świat nieodżałowany Disfear. Mocne? Może i tak, ale moim zdaniem w pełni zasłużone. Jestem pod dużym wrażeniem gracji z jaką Fredag Den 13:e przeszedł od grania jakiego na scenie punk/grind/d-beat/crust jest sporo do formy dla wielu nieosiągalnej. Debiutancki „Under Iskalla Fanor” to dość surowa, z mocnym crust’owym sznytem, jazda, która mogła się podobać, ale na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia wtedy ten zespół nie zrobił. Kolejny krok czyli „Tjugohundratretton” ukazał ekipę odmienioną muzycznie i śmiało zmierzającą w kierunku d-beat’owych strzałów, których – nie ukrywam – ciągle brakuje mi na współczesnej scenie (oczywiście, myślę o d-beat’owym graniu, które porywa od pierwszego taktu). Dziś nadszedł czas na krok trzeci i… powiem zupełnie szczerze, nie potrafię skrytykować „Domedagar” gdyż płyta ta spodobała mi się od A do Z.

Już pierwsze takty małego huraganu jaki rozpęta się w przestrzeni Was otaczającej po odpaleniu tej petardy zwiastują, że oto z jednego z wielu narodził się zespół, który okiełznał w swoich dźwiękach dziką formę, melodię i wulgarny rytm. Materiał ten zbudowany został na wkurwionym, punkowym nerwie, który sprawia, że muzyka Fredag Den 13:e jest niczym granat zaczepny i oprócz huku razi całą masą odłamków. Właśnie totalny, rozpasany wkurw jest tu czynnikiem nadrzędnym, ładującym muzykę zabójczą dawką energii, która sprawia, że zwykły hałas staje się niezwykły.Band

Powiecie: no dobra, zespołów grających nutki podobne do tego co czynią Szwedzi jest szczególnie w Skandynawii od metra, więc co takiego szczególnego jest akurat we Fredag Den 13:e? Odpowiedź jest banalnie prosta – zespół wyróżnia się na tle innych przede wszystkim doskonałą świadomością formy, którą rzeźbi. Wszystko jest dopracowane i zapięte na ostatni guzik. Mocne, surowe brzmienie. Energia i dzikie, punkowe tempa oraz spinająca całość obecna niemal na całej płycie niezobowiązująca dawka melodii. Składniki te dopełnia świetny, całkiem w swym wrzasku zróżnicowany wokal i mamy już sekret tego dlaczego „Domedagar” to d-beat’owy album roku. Warto też wspomnieć o tym, że zespół zadbał również o odpowiednią dynamikę płyty serwując nam na zakończenie utwory nieco cięższe i wolniejsze.

Nie doczekacie się z moich ust krytyki tego albumu. „Domedagar” to doskonała dawka muzyki stawiająca Fredag Den 13:e u boku takich tuzów jak wspomniany już Disfear. Nie wiem, może te zachwyty są lekko na wyrost. Nie wiem i prawdę mówiąc, w ogóle mnie to nie interesuje. We wstępie pisałem o radości. „Domedagar” to potężna dawka inteligentnej muzyki, która w tym smutnym świecie może dać Wam naprawdę dużo przyjemności,  więc nie krępujcie się…

Wiesław Czajkowski