EYEHATEGOD – Eyehategod (Housecore)

Znam człowieka, który twierdzi, że sludge to muzyka dla ludzi nie umiejących grać. To nic wielkiego, jego poglądy na temat Metalliki są dużo bardziej druzgocące, ale nie o to chodzi, skoro i tak się myli. Moja teoria jest następująca: sludge to muzyka, która musi być grana przez ludzi życiowo wykolejonych. W czasach inflacji wełnianoczapkowych artystów rzeźbiących swoje postmetale pod fikuśne, arthouse’owe teledyski, cała nadzieja w nurcie strzykawkowym, którego król właśnie powrócił.

Dla jasności – fakt ukazania się nowego albumu Eyehategod nie oznacza, że czas się zaopatrzyć w gumowy wężyk, fantazyjnie wygiąć łyżkę do zupy i poinformować żonę, że od jutra wanna będzie służyć do czegoś zupełnie innego. Spokojnie, Mike i koledzy już to wszystko przeżyli, abyście wy nie musieli. Już nawet nie chodzi o to, że EHG grali cały ten sludge, kiedy nie było jeszcze takiej nazwy, i że do dziś są kapelą absolutnie wyjątkową w skali całego gatunku, który to wymyślili. Na ich płytach forma – zdegenerowane, odrażające potomstwo Black Sabbath i starej szkoły hardcorepunka – jest służebna wobec z życia wziętej, z trzewi wyprutej opowieści. „Eyehategod” można odbierać niejako na dwóch płaszczyznach. Pierwszą jest tak po prostu – świetna płyta, wypełniona doskonałymi, wkręcającymi utworami opartymi na chwytliwych riffach podbijanych czujną sekcją rytmiczną. EHG zwyczajnie nigdy słabego albumu nie popełnili, a nowa płyta nie przełamuje tego zacnego trendu, choć trzeba było na nią czekać bagatela czternaście lat (nie licząc kompilacji, DVD i wszelkiej maści drobnicy wydawniczej). Jest też płaszczyzna druga, czyli niepowtarzalna okazja zetknięcia z autentycznym dźwiękowym zapisem patologii i życiowego dramatu. Zniszczenie domu podczas huraganu Katrina, walka z uzależnieniem do narkotyków i przedłużające się wakacje pod celą – nie jest tajemnicą, że ostatnie lata życia Mike’a Williamsa dostarczały mu aż nadto powodów i okazji, by wyekspediować się do krainy wiecznych łowów. Tymczasem ten człowiek, predystynowany najwyżej do bycia rezydentem foliowego worka lub beneficjentem Obamacare, wciąż jest jednym z najbardziej charakterystycznych i charyzmatycznych wokalistów, jakich zrodziła mocna muzyka, a wredny los dba, by dostarczać mu inspiracji. „Eyehategod” to kolejny rozdział esperalem i metadonem tkanej historii z rynsztoka piekła, którą Mike snuje swoim niepodrabialnym desperackim wrzaskiem psychopaty. Takiej ekspresji nie można się nauczyć, ją trzeba mieć w żyłach, jakkolwiek dwuznacznie nie brzmiałoby to w kontekście ulubionych form relaksu Dziewiątego Z Williamsów.EHG band

Może to wyglądać cokolwiek śmiesznie, ale po dwudziestu trzech latach od debiutu Eyehategod nie mają realnej konkurencji w muzyce, którą sami stworzyli. Wykruszył się Iron Monkey, Acid Bath, Dystopia i Grief, a z młodszej gwardii chyba tylko brudne niedomytki z Indian sięgają stosownego poziomu deprawacji. „Eyehategod” to odtrutka na inflację nijakich kapel, które grają kanciasty sludge bez grama duszy i emocji. Warto było na taki album czekać, i warto czekać na kolejne. Świat się zmienia, ale nie pięknieje, więc EHG ma jeszcze przed sobą sto płyt do nagrania, a tematów z pewnością nie zabraknie. Co tak śmierdzi, tato? To życie synku. To my.

Bartosz Cieślak