EMBRIONAL – The Devil Inside (Old Temple)

Embrional swoją najnowszą płytą trafia w sam środek wysypiska – eklektycznej zawieruchy XXI wieku, gdzie nikt tak naprawdę nie wie, co jest dobre a co niepotrzebne. Współczesny, metalowy śmietnik potrzebuje tyko jednego – ponownego rozdania, czegoś co przełamie marazm i monotonny pochód setek płyt, które nie zostawiają po sobie żadnego znaczącego śladu. Choć i tak od czasu do czasu ktoś nieśmiało stara się wyciągnąć z tego człapiącego pochodu wykonawcę, który mógłby wywrócić ciężką muzykę do góry nogami. Czy „The Devil Inside” podoła?

Uwaga! Prosimy nie regulować odbiorników! To nie pomyłka. Lerch pisze o death metalu, ba, umieszcza taki krążek w dziale Album Tygodnia. Świat się kończy? Nie jest tak źle. Fakt, dawno nie miałem okazji na dłużej zatrzymać się przy stricte death metalowej płycie. Może black/death’owej, choć wydaje mi się, że owa czerń to jedynie pewien klimat, unoszący się nad tymi nagraniami. Nowe dzieło Embrional to przykład, jak finezyjnie połączyć klasykę z czymś nowoczesnym. Na scenie metalowej od dawna toczy się wojna między oldskulem i innowacją; nadal łączenie tych dwóch światów jest skazane na ostracyzm. „The Devil Inside” może próbować ten układ zmienić. Dlaczego?

Przede wszystkim – intuicyjnie połączono w klarowny sposób dość odległe elementy; w zasadzie żaden psychofan death metalu nie poczuje się oszukany. Embrional ma wszystkie cechy rasowych metaluchów, począwszy od wizerunku a na muzyce skończywszy. Pierwszy kontakt z nową płytą to uderzenie gorącej surówki. Dostajemy samą esencję; głębokie, zbasowane brzmienie, kawalkady smolistych riffów niesione na gęstej, naszpikowanej „rowerkami” i blastami sekcji. Nic nowego, dobrze sprawdzone patenty, brutalne wokale i dbałość o zachowanie kanonów. Embrional wyraźnie nakreśla granice i składa deklarację dozgonnej miłości do metalu. Kiedy już oswoimy się z hałasem i poznamy nowe utwory, powoli dociera do nas, że nic tu nie jest proste i klasyczne. Gitarowe riffy często rozjeżdżają się dysonansowo, porzucając typową, twardą artykulację na rzecz mało oczywistych i niekoniecznie metalowych brzmień. Kolejna sprawa – to miłe uczucie, kiedy mogę słyszeć wyraźne, basowe doły i nie chodzi tu o jakieś nachalne, czy odstające od muzyki klangowanie. Bas gruntuje dźwiękowe płótno, pozostając w tle, jednak nie pozwala o sobie zapomnieć. Połączenie świetnej techniki z dobrze dobranym brzmieniem zdziałało cuda. I na koniec perkusja. W Polsce, jeśli chodzi o scenę metalową, ciągle pokutuje kilka tzw. nazwisk i z całym dla nich szacunkiem – nie rozumiem, dlaczego Kamila Bracichowicza nie wymienia się razem z nimi jednym tchem?! Na „The Devil Inside” odwalił kawał rewelacyjnej roboty, dając brawurowy popis, jak łączyć stare z nowym. I tak do klasycznej, gęstej, niemal barbarzyńskiej struktury rytmicznej dołożył akademickie koloryzowanie. Posłuchajcie uważnie, w jaki sposób eksponowane są blachy, jak niesamowicie potrafi zmieniać akcenty w ramach metrum (nawet w przypadku blaścików…), jak budowany jest aranż poszczególnych numerów. Polecam – jeśli chcecie pobawić się w muzycznych detektywów, spędzicie przy tej płycie dużo czasu, odkrywając ciągle nowe rzeczy. Patrząc na muzykę bardziej kompleksowo, zespół potrafi odpuścić typowe, gęste prucie do przodu i wprowadza do utworów zaskakujące rozwiązania stylistyczne. A to nietypowe harmonie, a to niemal djentowe groovy, czy transowo zapętlone walce, które dodają muzyce Embrional pieprzu i niesamowitego polotu. Pomijam tu takie oczywistości, jak sposób budowania aranżacji, często bardzo poplątanych, najeżonych akcentami czy zmianami temp. A wszystko to bez jakiejkolwiek utraty brutalności i ciężaru.

Nie wiem do końca, co bardziej mnie ucieszyło na tej płycie. Kompleksowość (świetnie współgrające muzyka, brzmienie i opracowanie graficzne), techniczne zaawansowanie czy właśnie owo połączenie klasyki z uważną obserwacją współczesnych trendów. Embrional wszystkie te nowinki wprowadza z niesamowitą finezją, ani na moment nie zbaczając z obranego kursu, pozostając sobą, czyli zespołem do szpiku metalowym. Wiem, że zabrzmi to ciut dziwnie, ale nie pamiętam, kiedy ostatni raz przesłuchałem dwa razy pod rząd death metalowy album. Niech to będzie dla „The Devil Inside” jakąś tam rekomendacją…

Arek Lerch