ECHOES OF YUL – The Healing (Zoharum)

Echoes of Yul to dla mnie jeden z najtrudniejszych tworów do zrecenzowania. Nie tylko dlatego, że na przestrzeni lat opisałem wszystkie wydawnictwa tego projektu, i łapię się na tym, że mam ochotę zerknąć do wcześniejszych tekstów, czy aby już się nie powtarzam. Muzyka Michała Śliwy coraz trudniej mieści się w moim aparacie pojęciowym i podklejenie jej pod kilka opisowych tagów już od dawna nie wystarcza. W dodatku lektura „Jak pisać o muzyce” Filipa Szałaska wciąż jest przede mną, więc metodologicznie błądzę jak dziecko we mgle. Zapraszam na wspólny spacer.

Kilka miesięcy temu autor „The Healing” anonsował mi swoje dzieło z jednej strony jako „bedroom doom”, z drugiej jako coś, co być może przesieje grono fanów poprzednich wydawnictw Echoes of Yul. Rzeczywiście pierwszy odsłuch podsunął wnioski, że ci, którzy na debiucie czy „Cold Ground” najbardziej cenili betonowe, drone/doomowe riffy, będą się marszczyć z niezadowolenia, bo te pojawiają się wyjątkowo okazjonalnie, dociążając raptem ze cztery numery. Zawartość „The Healing”, choć znakomita, nie pasowała mi to ani po doom, ani pod „post rock”, bo wiadomo, kto i jak gra tę muzykę w Polsce. Jeśli miałbym domniemać kierunku (co w 90% recenzji i tak nie ma nic wspólnego z faktycznymi intencjami twórcy), to na nowym albumie Echoes of Yul chodzi o przetłumaczenie drone/sludge/doom metalu na język minimalistycznego, oskrobanego z ozdobników ambientu. W miejsce posępnych gitar wchodzą proste motywy grane na nieprzesterowanej gitarze pod snującą się w tle elektronikę i nieliczne sample z filmów. Przypomina to kojące motywy Loscil, Donnacha Costello czy The Dead Texan przełożone na język garażowego gitarowego dronu („The Trick”, „Apathy Rule”) lub „czystego” ambientu („Diorama”). Przełamanie i ściemnienie klimatu następuje pod koniec albumu – utwór tytułowy brzmi jak wspólne nagranie Stephena O’Malley’a i Andy’ego Stotta, a najbardziej „piosenkowy” na płycie „The Better Days” to markotny snuj a’la Jesu.Echo

Przyznam, że aby wyłuszczyć powyższe musiałem trochę się nagimnastykować, bo słuchając „The Healing” kilkadziesiąt razy w ciągu kilku ostatnich tygodni, już po pierwszych odsłuchach przestałem zastanawiać się co to za muzyka i z czego czerpie. Zresztą już na etapie Cold Ground siatka etykietek i odniesień przestała mi wystarczać. „The Healing” niesie coś dla mnie istotniejszego niż trochę fajnej muzyki, w dodatku nagranej przez kolegę. Jest pewna grupa płyt – wśród nich „The Tired Sounds of Stars of the Lid” czy „Woven Hand” – które działają na mnie uspokajająco bez względu na okoliczności zewnętrzne, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. Innymi słowy – gaszą irytację i koją wkurw, choćbym podczas słuchania siedział w zatłoczonym tramwaju czytając na przemian felietony z „Wyborczej” i „wSieci”. „Cold Ground” i „Asemic” ze splitu z Thaw były w moim odczuciu muzyką „miejską”, zgrywającą się z betonowym pejzażem i ulicznym pulsem. „The Healing” skłania się raczej ku leczeniu skołatanych nerwów. Nie wiem czy Michał nagrywał z taką myślą, ale jestem pewien, że spodobałaby mu się taka interpretacja.

Wiem, że opisywanie płyt za pomocą obrazów, które muzyka maluje w głowie może sprawić, że pewnego dnia stanę się Violence’owym odpowiednikiem Margaret z Rockmetal.pl (pozdrawiam Cię, droga recenzentko, gdziekolwiek dziś jesteś). Póki egzaltacja mieści się jeszcze w cuglach, cieszę się, że autorska wizja Michała brnie w poprzek gatunkowych wymogów – i w pewnym sensie mojego gustu – ale generuje coraz ciekawszą muzykę i coraz intensywniejsze emocje mimo tak skromnego arsenału środków.

Bartosz Cieślak