ECHOES OF YUL – Tether (Zoharum Records)

Nie ukrywam, że instytucji remiksów nie lubię i bywa, że w ogóle nie zainteresuję się z takimi wydawnictwami nawet, jeśli tworzywem są nagrania artystów, których cenię. Twórczości Echoes of Yul kibicuję szczerze od lat, tym bardziej więc obawiałem się starcia z „Tether”, wydawnictwem zbierającym nowe utwory autorskie oraz kilka remiksów właśnie (głownie z ubiegłorocznego albumu Cold Ground), a wszystko to w lekko przerażającym wymiarze czasowym 76 minut… A jednak – Echoes of Yul kocham i rozumiem, Echoes of Yul zjechać nie umiem. Jeśli już wydawać takie kolosy i bawić się w sampli cięcie, to lepiej się tego zrobić nie dało.

Gdybym był tekściarzem zespołu The Analogs, dopisałbym do piosenki „Era Techno” zwrotkę o tym, co myślę nieszczęsnym mezaliansie metalu i techno w latach 90. Sukces The Prodigy obrodził doklejanymi do reedycji, EPek i soundtracków podłościami lepiącymi sample z gitarowych riffów z tanim trance’m, tendencyjnym drum’n’bassem i jungle’owym patatajem. Gdybym słuchał wtedy więcej Billa Laswella niż Slayer pewnie widziałbym to inaczej, ale los chciał, że soundsystemy mały Bartek znał z teorii, a remiks był nibytanecznym zapychaczem kompaktu, który na lata skutecznie obrzydził mi ideę produkcyjnej zabawy cudzym utworem. Dziś na szczęście potrafię docenić takie materiały jak „Tether”, które są nie tylko zapisem ciekawego dialogu artystycznego między dostarczycielem surowca a rzeźbiarzem, ale i zwyczajnie zawierają dobrą, angażującą uwagę muzykę. Część remiksową otwiera nieco tendencyjny, witchouse’owy twór Stendecka, a potem jest coraz lepiej. Moc radości dostarcza ciężki transior Jamesa Plotkina, technoambientowy (a’la stare Autechre) relaksator Different State i mozolny drone/dub Steve’a Austina z Today Is The Day. Natomiast obiekty niszczą niepozorne, ale bardzo klimatyczne ambientowe interpretacje w wykonaniu Maćka Szymczuka i samego Echoes of Yul, oraz mój prywatny hit – IconAclass, który przerabia próbki „The Mission” na pełnoprawny hiphopowy utwór z repertuaru nieodżałowanego Dälek.

Jest wreszcie „zasadnicza” część „Tether”, czyli cztery autorskie utwory Echoes of Yul, w tymeoy1 zamykająca album impresja „Ecclesiastes”. Przyznam, że po kierunku obranym na „Cold Ground” i „fanowskiej” korespondencji z Michałem spodziewałem się raczej pójścia w klimaty w stylu rzeczonego outro, czyli muzykę otoczenia bez wyrazistych motywów melodycznych. Na moje ucho trzy nowe numery to najmocniejsza, najbardziej gitarowa rzecz, jaką Echoes of Yul popełnił w swoim dorobku. Ciężkie, transowe riffy osadzone na samplach i transowym rytmie mogą kojarzyć się z wczesnymi nagraniami Jesu („HeartAche”), ale więcej tu niepokoju niż stonowanego klimatu z „Cold Ground”. Jeśli tamta płyta była soundtrackiem do nocnej jazdy arterią miejskiego molocha, to „Tether” jest przerwą w podróży na kontemplację gdańskiej rafinerii, katowickich blokowisk i kominów elektrowni Turów – widoków pięknych jak zachód słońca w górach, choć mało kto to dostrzega.

Wbrew pozorom „Tether” spokojnie można rozpatrywać w kategoriach „spójności”, bo nawet, jeśli rozstrzał stylistyczny utworów jest dość szeroki, to wszystkie splata duszna, gęsta atmosfera, transowość i kreatywność nie ograniczona szufladkową formułą. Echoes of Yul wyrósł na projekt absolutnie wolny od uwarunkowań gatunkowych, idący nawet nie w poprzek co gdzieś obok trendów i podporządkowujący formę myśli twórczej, a nie na odwrót. 76 minut spędzone z jedną płytą nie musi być drogą przez mękę, remiks nie musi brzmieć jak Skrillex, a niepozorny projekt z Polski może nagrać materiał tak inspirujący, że starczyłoby na dwa albumy Ulver i trzy single Jesu. Podarujcie sobie odrobinę luksusu.

 Bartosz Cieślak