ECHOES OF YUL – Cold Ground (Avantgarde Music)

Pisanie o muzyce możemy, tak z grubsza, podzielić na dwie metody twórcze. Na jednym biegunie mamy rozbiór analityczny za pomocą szkiełka i oka, szukanie punktów odniesienia, próbę umiejscowienia danej twórczości w węższym i szerszym kontekście, a w skrajnie dramatycznym przypadku – szkolny rozbiór płyty na opis poszczególnych utworów, za który pani od polskiego dałaby piątkę, ale czytać się tego nie da. Na biegunie drugim mamy natchnione elaboraty a’la Grzesiek Kszczotek, ciężkostrawne hiperbole i próbę opisania muzyki za pomocą resztek niedojrzałej, nastoletniej wrażliwości. Gdzieś pomiędzy istnieje złoty środek, a dobra recenzja powstaje na przecięciu wiedzy i osłuchania z subiektywnym odbiorem emocjonalnym. A przynajmniej należałoby ku temu ideałowi zmierzać.

Zdarzy się od święta płyta, którą nawet dałoby się wymierzyć ekierką i cyrklem, od biedy zestandaryzować i upchnąć do jakiejś bardziej pojemnej szuflady, ale to zupełnie nie załatwia sprawy. Drugi album opolskiego Echoes of Yul jest takim właśnie materiałem, który przemawia bezpośrednio do emocji, a kategorie meblarsko-audytowe nie mają zastosowania  wobec skrajnie osobistego charakteru wypowiedzi artystycznej. Tak było z ostatnim albumem Siekiery – choć to oczywiście inna estetyka, inne wykonanie, no i jakość też inna – tak jest w przypadku „Cold Ground”, który dźwiękiem rozmawia z słuchaczem, a nie z innymi zespołami.

Nie znaczy to, że na swojej nowej płycie Echoes of Yul wnosi uniwersalnie nową jakość do świata muzyki jako takiej. Kto słyszał debiutancki „Echoes of Yul” czy split z Guantanamo Party Program i Sun For Miles, ten może spodziewać się przesunięcia tej samej estetyki szeroko pojętego drone/industrialnego rocka w rejony jeszcze bardziej ilustracyjne. Gitara funkcjonuje na zasadzie podbijacza nastroju w kulminacyjnych momentach, wokale ustąpiły miejsca filmowym samplom, fundamentem jest ambientowo-glitch’owa elektronika, umiejętnie dawkująca melodie i chwytliwe patenty bez parcia na przebojowość. Wszystko to jednak środki do wyrażenia treści emocjonalnej, o której nie sposób pisać bez popadania w egzaltację. Zredukowany do jednoosobowego projektuEchoes of Yul Michała Śliwy Echoes of Yul maluje dźwiękiem obrazy, które już dziś mogą stanowić gotowy podkład dźwiękowy do filmu, gdyby tylko polskie kino nadążało jakościowo za polską muzyką. Podobno „Cold Ground” wymaga skupienia i uważnego zasłuchania się – nie do końca jest to prawda, w moim przekonaniu ten album sprawdza się zarówno w kameralnych, domowych warunkach jak i podczas przedzierania się przez miejską dżunglę. Nastrój tej muzyki idealnie pasowałby do nastrojowego współczesnego kina noir typu „Brick” czy „Drive”, jak i filmów Michaela Manna, gdzie noc trwa wiecznie, świecą tylko latarnie wokół autostrad, a miasto jest wielkim organizmem okalającym całą planetę.

Aby powyższy wywód nie stał się jeszcze bardziej nawiedzony, daruję sobie wydumane określenia w rodzaju „muzyka drogi”. Jeśli jednak „Cold Ground” miał być tworem, który buduje w głowie odbiorcy obrazy, wzbogaca wrażliwość i pozwala zarówno oderwać się od rzeczywistości, jak i nadać jej nowe barwy, to ideał został zrealizowany. To oczywiście subiektywny odbiór niżej podpisanego, ktoś inny przyjmie Echoes of Yul jako pozbawione struktur dronowo-shoegaze’owe smęty – i dobrze, muzyka to nie księgowość. Ze swojej strony mogę tylko zachęcić, bo tak osobistego, uniwersalnego i wciągającego albumu nie słyszałem od dłuższego czasu.

Bartosz Cieślak