DRUMS ARE FOR PARADES – Master (Hyper Tension Records/Hammerheart Rec.)

Jeśli czegoś brakuje współczesnym zespołom, to zazwyczaj pomysłu na okładkę, dobrego wyglądu i takiej nazwy. Debiutanci z Belgii mają wszystko, co potrzeba, by obojętnie ich nie mijać. Na dodatek mają też muzykę, którą postanowiłem bez owijania w bawełnę i ze szczeniackim kolokwializmem nazwać zajebistą.

Wszystko, co związane jest z tym zespołem zakrawa na kpinę. Nazwa od razu kojarzy mi się z niedorobionymi wynalazkami z Wysp. A jednak nie mamy do czynienia z kolejnymi, mdłymi, zmanierowanymi chłopaczkami, którzy chcą być sławni jak Lennon i umrzeć jak Curtis. A może w odwrotnej kolejności?! Okładka też nie sugeruje zdrowia psychicznego – jest tak głupia, że aż śmieszna. A może tak śmieszna, że aż głupia? Kto wie… Za to wygląd mają idealny. Od razu widać, że to załoganci, co grają crust/punka. I znowu straszne pudło… To wszystko wystarczy, by zainteresować się tym młodym, bo założonym gdzieś w początkach 2008 roku zespołem. Muzycy to jednak doświadczeni, mający za sobą lata obijania się po scenach, bo tylko dzięki temu udało im się usmażyć tak wieloznaczną i trudną w ocenie muzykę.

Niestety, z nią także mam kłopot, bo zaszufladkowanie tych dźwięków to dość karkołomne doświadczenie. Już pierwszy z brzegu „The Law” wprowadza totalną dezorientację, kierując myśli w stronę niemal neo – progresywnych klimatów. I znowu nic bardziej mylnego, bo w dalszej kolejności zespół deklaruje wyraźne przywiązanie do piasków pustyni. Inspirowane Kyuss riffy pojawiają się co i rusz, wzbudzając entuzjazm, bo osadzono je zazwyczaj na zupełnie zaskakujących szkieletach aranżacyjnych. Mamy do czynienia oczywiście z bliskim psychodelicznym, zamulonym klimatom potraktowaniem tematu (np. „A Salesman’s Pen”) ale nawet w najbardziej oczywistych konstrukcjach riffów zespół stara się przemycić własne dziwactwa. Czasami będzie to połączenie noise rocka ze stonerowym groovem w „Another Kind of Bad”, gdzie indziej pojawia się szalony klawisz, zmieniający diametralnie odbiór muzyki („The Beast” z piękną partią bębnów…), są psychodeliczno – kosmiczne odjazdy w „Hello Pedestrian”, drażniąco wypada nerwowy, połamany „Gold”. Zupełnym szaleństwem grupa popisała się za to w „Opium Den Idiot Check”, gdzie agresywne improwizacje saksofonu z jednej strony wciągają, z drugiej doprowadzają do obłędu za sprawą kakofonicznych odjazdów. Gdyby John Zorn chciał grać stoner rocka, pewnie wyszłoby coś w ten deseń…

Doprawdy, nie wiem, jak spuentować te szaleńcze zabawy… Awangardowy Kyuss? Muzyka współczesna na rockowo? Coś nowego? Coś starego? Nie powiem, że te dźwięki od razu przypadną Wam do gustu. Są trochę zbyt nerwowe, czasami wydaje się, jakby zespół chciał celowo wykrzywić nam twarz grając „obok”. A jednak po jakimś czasie można dojść do wniosku, że Drums Are For Parades stworzyli coś intrygująco świeżego, bazując na sprawdzonych pomysłach i wykorzystując je do własnej, nieco chorej wizji rockowego odjazdu. Okazuje się nawet, że w kilku miejscach muzyka całkiem nieźle buja i wciąga do zabawy.

Stoner rockowa scena potrzebuje takich szaleńców, bo muszę przyznać, że w ostatnich czasach mało było zespołów, w jakiś twórczy sposób interpretujących dziedzictwo Kyuss. A na kolejny, setny band kopiujący brzmienie mistrzów (zazwyczaj nieudolnie…) nie mam już ochoty.

Arek Lerch