DOPELORD – Black Arts, Riff Worship & Weed Cult

Stoner metal to taki osobliwy gatunek hałasu, który cieszy i bawi, nawet jeśli kolejne albumy zasadniczo powtarzają tylko sprawdzone patenty oraz działające schematy. Trudno w muzyce, której cnotą jest prostota wyrazu i formy odkrywać cokolwiek rewolucyjnego czy nowego. W głównej mierze przecież chodzi o odnajdywanie nowych aranżacji riffów, które pewien zespół z Birmingham nagrał czterdzieści lat temu na takich płytach jak „Master of Reality” czy „Vol. 4”. Niezaprzeczalnie talent do tego ma Dopelord, którego drugi album umacnia pozycję kapeli w wypełnionym zielonym dymem podziemiu.

Przewaga najnowszego wydawnictwa warszawskiego kwartetu nad debiutanckim krążkiem Magick Rites (2012), polega przede wszystkim na niewielkich, aczkolwiek istotnych szczegółach. Choć trudno czepiać się sposobu, w jaki zarejestrowana była pierwsza płyta, „Black Arts, Riff Worship & Weed Cult” posiada po prostu bardziej nasycone pełne i tłuste brzmienie, a kompozycje są lepiej zaaranżowane i poukładane. Chwytliwość i groove obu albumów jest na podobnym poziomie, ponieważ stylistycznie nie zaszły właściwie żadne zmiany. Wejść Dopelord na wyższy poziom ułatwiła zapewne studyjna współpraca z Janem Galbasem z Ampacity i Octopussy, którego śmiałe i klasowe produkcje robią na krajowym stonerowym podwórku furorę.dopeband

Kawałkami, które znalazły się na drugiej płycie Dopelord, zgodnie z tytułem, rządzą czary, magia, uwielbienie dla tradycyjnych, gitarowych riffów oraz miłość do ziół i innych zdrowotnych naparów. Pięć numerów, trwających łącznie czterdzieści minut, to ogłuszająca i hipnotyzująca burza organicznych i żywych dźwięków, które posiadają nieodzowny stonerowy ciężar, stężenie i gramaturę, a jednocześnie finezyjną przebojowość. Jazda zaczyna się od najkrótszego na płycie, bo raptem pięciominutowego „Addicted to Black Magick”, który jednocześnie jest najbardziej wpadających w ucho fragmentem całego albumu. Dalej niespiesznym tempem uderza melancholijny „Preacher Elektrick”, być może najlepsza kompozycja w dorobku zespołu. Dwa następne „Acid Trippin'” oraz „Green Plague” to równie udane i masywne ciosy, stanowiące o charakterze Dopelord. Długaśny i zamykający „Pass the Bong” przypieczętowuje popełnioną ze znakomitą wyobraźnią i nadzwyczajnym wyczuciem płytę jakiej w Polsce jeszcze nie było.

Adam Drzewucki