DICK4DICK – 5 (Mystic)

Kiedyś byłem przeciwnikiem instrumentów klawiszowych. Ufałem jedynie gitarzystom, perkusistom i wielkiej sile tkwiącej w surowym brzmieniu rockowego składu. Zastosowanie parapetów wydawało mi się zwykłym – wybaczcie szczerość – dawaniem dupy. Może wydawać się to dziwne, szczególnie, że mówię o okresie, kiedy klawisze w metalu były już czymś oczywistym a nie jakąś rewolucją. Paradoksalnie, tam akurat miały swoje miejsce, jednak rockowa alternatywa musiała być, w moim mniemaniu, ortodoksyjna. Zmiany przyszły wraz z fascynacją indie rockową formułą i choć była to długa droga, dzisiaj w pełni doceniam siłę syntetyków. Do tego stopnia, że zgadzam się z opinią muzyków D4D, twierdzących, że ich zespół właściwie wcale nie jest tworem rockowym. Jednocześnie od siebie dodam, że najnowsza płyta tej grupy – „5” – to kawał muzycznego wizjonerstwa na skalę wykraczającą poza tradycyjne pojmowanie rozrywki.

Dick4Dick nigdy nie byli normalnym zespołem, a raczej trupą poszukiwaczy, dla niektórych – kabareciarzy i prowokatorów. Prowokowali nie tylko słuchaczy, ale drażnili przede wszystkim dziennikarzy, którzy posuwali się – jak w przypadku płyty „Summer Remains” – do oskarżeń o kompletny brak umiejętności. Drażnili schizofrenicznym podejściem do konwencji, skutkiem czego każda płyta była zupełnie z innej parafii; mogli zagrać garażowego rocka, zrobić płytę złożoną prawie w całości z sampli, a wreszcie dokonać zgrabnej syntezy doświadczeń, czego efektem jest „Piątka”. Krążek, który na pewno przysporzy zespołowi tyluż zwolenników co przeciwników. Czyli nikogo nie pozostawi obojętnym.

Po raz pierwszy spotkałem się z sytuacją, kiedy instrumenty klawiszowe brzmią garażowo, surowo i choć zespół nie dokonuje modyfikacji ich Zdjęcie Recenzjabarw, mogę sobie wyobrazić, że atakuje parapety z równym zapamiętaniem, jakby walił w struny. Garażowe podejście do koncepcji „5” wyraża się też w swego rodzaju szkicowej formie nowych kawałków, co miejscami brzmi, jakby muzycy chcieli swoim słuchaczom powiedzieć: „Ok, już usłyszeliście, co chcemy Wam dać, po więcej zapraszamy na koncerty”. Taka forma powoduje, że nie można się nudzić, bo niektóre kawałki – przy swojej niemal transowej formie – trwają wręcz irytująco krótko. Komponowanie muzyki w oparciu głównie o klawisze ma także swoje konsekwencje w charakterystycznej, zimnej pulsacji. Skojarzenia z „In This Light and on This Evening” Editors, szczególnie w takich numerach jak „Złamana Brzoza”, „Nic nie wiem” czy „Tak czy nie” są bardzo intensywne, choć D4D jest zdecydowanie mniej ponury, co i rusz zapuszczając się w taneczne meandry, przez co muzyka wydobywa się z szarości i zaczyna migotać niczym dyskotekowa kula. Eksperymentalny charakter nagrań jest dla mnie widoczny szczególnie na płaszczyźnie łączenia surowizny neo – rocka z syntetycznymi brzmieniami, jak w „Uśmiechniętym Psie”. Drażniąca, przesterowana gitara rezonuje z progresjami niczym w muzyce techno a w kontrapunkcie pobrzmiewa klimat… Ultravox. Jeśli mamy ochotę, możemy wybrać się na „prawie” punkowy koncert (hałaśliwy „Jak żyć”) albo ruszyć w tętniące klubowym rytmem, błyszczące, nocne miasto („Zapachy Nocy”). Zimne, klimatyczne pasaże syntezatorów mieszają się ze zgrzytami, mocnym, nerwowym pulsem, dyskoteka z zimną falą, wszystko jest jednym, wielkim szaleńczym tańcem potępieńców. I jednocześnie – o dziwo – idealnie do siebie pasuje, co jest dla mnie największym zaskoczeniem…

W ślad za muzyką podąża też tekst. I znowu nie jest łatwo. Odnoszę wrażenie, że i tu zespół bawi się z nami w chowanego. Każe szukać znaczeń, dając wyraziste, literackie punkty triangulacyjne, na których opiera słowne igraszki. Złamana brzoza, Warszawa słoikowa, hipster, to tylko niektóre z nich i choć ich znaczeniowa jednoznaczność może sugerować wręcz publicystyczny charakter, okazuje się, że znowu dostajemy pieprzniętą kostkę Rubika z kilkoma brakującymi elementami, z czym musimy sobie poradzić. Taka zabawa w skojarzenia, unikanie wypowiedzi – słownej i muzycznej – wprost to firmowe znaki D4D. Nie powiem – frapujące.

Dickj4Dick jak zwykle zaskoczył, przygotowując dzieło mało jednoznaczne, i choć osiągnął na nim duży poziom syntezy dotychczasowych poszukiwań, nadal pozostaje bardzo rozedrganym, kapryśnym i poszukującym podmiotem muzycznym. Wprawdzie nasuwa mi się tu porównanie z ostatnim albumem Arcade Fire ( „Reflektor” to podobny kierunek poszukiwań), to jednak nasz rodzimy Dick jest zdecydowanie bardziej rozbrykany i chyba jednak mniej przewidywalny. Za co też ich bardzo szanuję.

Arek Lerch